Zaczadzone umysły

Palenie tytoniu, a w szczególności papierosów, jakie jest – każdy wie i widzi. Śmiertelnie szkodliwe, koszmarnie kosztowne, jak również paskudne estetycznie. Z paszczy palacza wydziela się smród, podobny do tego z kontenerów na śmieci w slumsach Republiki Dżibuti – nieważne, czy ten raczy się Marlboro za 15,70zł za paczkę, czy też daje sobie w płuca własnoręcznie skręcany produkt tytoniopodobny rodem zza wschodniej granicy. Wszyscy palący cuchną podobnie, przy czym oni swój zapach zazwyczaj uwielbiają.

To jakieś totalne nieporozumienie, a zarazem niepojęta ironia losu, że w czasach, w których żyjemy, w dobie eksploracji Marsa i przeszczepów twarzy, wciąż nie możemy sobie poradzić z uzależnieniem, polegającym na wkładaniu do ust jakichś papierowych słomek z wysuszonym zielskiem i zasysaniu dymu. O zgrozo, największy interes w tym, abyśmy palili ma państwo; kraj, za który nasi pradziadowie oddawali życie. Jak by nie patrzeć – nic się w tej mierze nie zmieniło, tylko oprawa i metody eksterminacji nieco inne: bardziej wysublimowane, choć równie skuteczne.

♣♣

Dwa przykłady z mojego podwórka, dwie paczki na głowę dziennie, i każdy z nich tak już od 40-50 lat:

Włodek

Średniego wzrostu, z wielkim brzuszyskiem. Na swym nalanym obliczu wiecznie czerwony, oddech płytki, świszczący. Ja takich ludzi określam mianem „wylewowców”, a Włodek, zdaje się, miał już niewielki epizod w tej materii. Niczego go to, niestety, nie nauczyło.  On tak naprawdę wychodzi z domu nie po to, aby skosić trawę (zwłaszcza że ta nie zdążyła jeszcze urosnąć), podlać krzewy, umyć samochód czy wyrzucić śmieci.

Te wszystkie działania, a wiedzcie, że facet kręci się jak ćma do światła w bezksiężycową noc, są jedynie niecną przykrywką dla nałogu, pretekstem, aby z nieco mniejszym obciążeniem psychicznym móc realizować politowania godny proceder powolnej samozagłady. Bo przecież on nie pali sobie teraz ot tak, dla zabicia czasu, jako lekarstwo na smutki czy nudę. On pali w przerwach w pracy – celowo nakręconej i narajonej, w tym momencie zbytecznej i zbędnej. Szkodliwej!

Jako, że pali podczas specjalnie prokurowanych wyjść (w domu małżonka nie pozwala), papierosy odpala jeden od drugiego, paląc na tempo wzbudza współczujące spojrzenia, zarówno ludzi wolnych, jak i „szanujących się” – bardzo gorzki ten cudzysłów – innych palaczy.

Franek

Przez wiele lat pracował na kierowniczym stanowisku w budżetówce. Od papierosów nieomal oślepł, a dodatkowo zdebilał, przez co wysłano go na rentę. Teraz, oczekując na nadejście wieku emerytalnego (po zapowiadanej obniżce), dorabia sobie portierowaniem na jednym z warszawskich osiedli zamkniętych. Jego zęby, jakby mało było tego, że swym pokrojem na myśl przywodzą garnitur ortodontyczny konia, mają kolor żółtobrunatny. Zupełnie, jak gdyby gość regularnie płukał usta odciekiem z gnojowicy, co zdaje się potwierdzać jego zapach osobisty – jeden z najgorszych na przestrzeni dziejów. Jak wyżej wspomniano, Franek posiada obecnie dość ograniczony horyzont myślowy, którego kres, a zarazem całą esencję, wyznaczają:

  • domowej roboty papierosy,
  • tanie piwko,
  • lotto,
  • oddawanie stolca w publicznej-prywatnej toalecie.

Oj Franek, Franek… a niegdyś żona pokładała w tobie tak wielkie nadzieje. Zniweczyły je – oczywiście – papierosy, wciągając Franka w ciemną otchłań głupoty, definiowanej przez smutną maksymę: „Kocham palić, więc tracę… wszystko”.

Franek, zapytany przeze mnie, czy chciałby rzucić palenie, odpowiedział, w sposób jakże przewidywalny:

– No coś ty… palę już 45 lat, za późno na rzucanie.

– Rentgen płuc robisz czasem?

– A po co? Co ma być, to będzie. Ojciec umarł na raka.

– Płuc?

– Tak

– Aha… (czy można coś więcej tu dodać?)

♣♣

Osoby namiętnie palące tak naprawdę robią to w obronie przed… życiem. One zazwyczaj boją się otaczającego świata i/lub nie lubią, czasem nawet nienawidzą samych siebie. Nałogowi palacze są w 90% bytami w głębi bardzo nieszczęśliwymi i (zawsze) bezmyślnymi. Papieros jest swojego rodzaju ucieczką, w te 3 minuty pozornego wrażenia przebywania „poza tym światem; pełnym problemów, rozczarowań i bólu”. Dla niektórych z nich nie ma już stosownego remedium, bo najpierw trzeba głęboko chcieć coś zmienić, a przecież dopiero chcieć to (może) móc. Bo pełne i definitywne rozstanie z tym uzależnieniem to coś znacznie więcej, niż tylko przerwanie narkotycznego wpływu nikotyny. To przede wszystkim gruntowna zmiana sposobu myślenia. Ale spokojnie… mowa o zmianie bardzo pozytywnej.

– Uduszę się pod respiratorem, taki będzie mój koniec.

Z początku oddalasz te myśli od siebie, odrzucasz je. Mnie to nie dotyczy, mówisz. Potem, po 40 (albo i 80) paczkolatach, uznajesz, że jest już za późno, aby cokolwiek zmienić, naprawić. Istotnie, miąższ płucny to nie glazura w łazience, tutaj nie wystarczy mokra ściereczka i odrobina pracy po godzinach. Rozstawanie się z nałogiem to żmudny i niewdzięczny proces, ściśle połączony z reorganizacją całego dotychczasowego życia. Czy warto? Warto, zawsze… również, a może nawet w szczególności, na te kilka pozostałych lat.

Jak się do tego zabrać? O tym niebawem.

  • nie wszystkie papierosy wywołują raka, niektóre „tylko” wpływają na potencję, co takiemu „Włodkowi” pewnie i tak nie robi różnicy… :)))))))

    • taaak, Włodek na pewno nie zaprząta sobie głowy takimi „bzdurami” ;))

  • Alutka

    Ooo to będzie poradnik dla palaczy. Super!!! 🙂

  • zgadzam się 😉