Wszystkie psy są nasze, ale…

Uwielbiam psy!

Serio, a jedyny powód, który nie pozwala mi przygarnąć spragnionego ludzkiego serca czworonoga leży w miejskich warunkach lokalowych, a co za tym idzie konieczności wyprowadzania pupila na poranne spacery. Już i tak zazwyczaj spóźniam się do pracy ponad godzinę, a jak wiadomo czas nie jest z gumy, zwłaszcza gdy ktoś za dodatkowy kwadrans snu gotów byłby pozwolić obcym ludziom przekopać grób własnych przodków. To samo tyczy się cierpliwości przełożonych – nie należy jej bezgranicznie nadużywać, zwłaszcza gdy zamierza się na tym perspektywicznym przedpolu coś, kiedyś, ugrać.

Nie o psach dzisiaj jednak będzie, a o tych wszystkich dziwnych stworach, a mianowicie mam tutaj na myśli: bull-teriery, pitbulle, american bully, i im pokrewne pokraki.

Zauważcie, że we wszystkich tych nazwach występuje słowo „bull”. Byczek Fernando jest fajny, te psy – nie.

-Buster, co ty opowiadasz?! Przecież każdego psa można wychować, socjalizować, tresować. Nie musi być to zaraz krwiożercza bestia.

Dzwonnik Quasimodo oraz potwór Frankenstein, po oswojeniu, również byli do zniesienia, ale czy to oznacza, że chciałabyś dzielić z nimi dom? Absolutnie. Piesek powinien być ładny i wdzięczny; na jego widok ma się włączać imperatyw głaskania. Oczywiście nie jest winą kundelka, że coś tam się, w wyniku niekontrolowanej prokreacji, źle wymieszało i nasz przyjaciel może poszczycić się przez to ogonem wiewiórki i umaszczeniem godnym zebry, ale tutaj mamy przecież do czynienia z psami rasowymi przez duże „R”, czempionami i różnymi innymi snobistycznymi tworami. Rodowód posiadają czasem dłuższy i bardziej wymyślny niż angielska rodzina królewska, psia ich mać.

Po co im te pitbulle?

Tak samo, jak nigdy nie będę w stanie zrozumieć ludzi, którzy śpiewają podczas wycieczek autokarowych; co tam śpiewają – ludzi, którzy w ogóle na takie wycieczki jeżdżą. Kibiców sportowych wkładających na siebie cały asortyment sklepów z biało-czerwonym chłamem, gadżety, które powinny wywoływać co najwyżej uśmiech politowania. Nabywców Skody Octavii, gdzie za identyczną (jak nie niższą!) kwotę można stać się posiadaczem znacznie wygodniejszego modelu Toyoty, w którym silnik nie zostanie wypluty w strzępach przez rurę wydechową, podczas brawurowo pokonywanej trasy Warszawa-Radom. Jak w ogóle można zechcieć jechać z Warszawy do Radomia, zakładając, że pozostaje się w pełni władz umysłowych? To całkiem podobnie, jak gdyby z Rzymu puścić się w podróż do Prisztiny – po co, na litość boską?!

Kupił Janusz pitbulla

Przeznaczył na ten cel całe swoje miesięczne wynagrodzenie. Małżonka Grażyna pomysłowi jak najbardziej hołdowała, bo przecież:

– Krycha ze Zdzichem już mają.

A co to, choinka na święta, że też trzeba mieć? No do kurwy nędzy.

Brzydkie małżeństwo, to i pies brzydki. Brzydki? To identyczne niedoszacowanie, jak gdyby powiedzieć, że ryby łowione w środkowym biegu Wisły pachną w miarę apetycznie i zdają się być niezłym wcale pomysłem na piątkowy obiad, w towarzystwie prawdziwie pięknej kobiety. Pitbull małżeństwa Januszów (Grażynów) przypomina zaś skrzyżowanie diabła z żabą błotną. Widok ekshumacji dwuletnich zwłok to przy nim daleko posunięta, również w swym rozkładzie, rozkosz.

A Janusz, to już w ogóle…

Mówi się – i nie jest to mowa-trawa – że gdy próbował naprawić oberwaną półkę w szafce kuchennej, czyli wykonać najprostszą czynność, jaką można powierzyć mężczyźnie, tak mocno uderzył młotkiem w swój kciuk, że rychło trzeba go było amputować. Cztery palce u lewej ręki Janusza z całą mocą potwierdzają powyższą wersję wydarzeń. Dwójkę dzieci wychował na miałkich i bezpłciowych użytkowników smartfonów. To obecnie dosyć popularny trend. Ostatnią książkę przeczytał w technikum, i był to jeden rozdział podręcznika do obróbki skrawaniem. Obróbki czego? Tego to nawet sam Einstein nie wie, Janusz toż samo, albo i jeszcze mniej.

Ktoś powie:

– Nie no, Buster, nie piernicz. Na pewno istnieje jakaś rzecz, sprawa, kwestia, na której Janusz doskonale się zna…

Nie. Nie istnieje. Nawet ze swojego jedynego hobby – picia piwa – Janusz uczynił rozrywkę typowo plebejską, ponieważ pije głównie Królewskie… znowuż, to dokładnie tak samo, jak gdyby spośród Mazd, Toyot, Hond, w podobnym przecież budżecie, wybrać Skodę. Škoda życia.

Jednego razu, próbując wymienić pasek klinowy w swojej 20-letniej Felicji, swymi działaniami doprowadził do tak daleko posuniętej destrukcji silnika, że już nawet na nic były tutaj kompleksowe umiejętności zaprzyjaźnionego mechanika, pana Kazia – samochód sprasowany został na żyletki, którymi to Janusz goli teraz twarz co trzeci dzień, każdorazowo zacinając się przy tej czynności tak groteskowo gęsto i rozlegle, że potem jego współpracownicy zmuszeni są rozważać zawezwanie karetki pogotowia. Nasz bohater pracuje na tak zwanej ochronie, w jednym z sieciowych hipermarketów francuskich. Za sprawą swej niebywałej wręcz spostrzegawczości oraz przyrodzonego refleksu nie dostąpił nigdy splendoru wykrycia i zapobieżenia kradzieży. Przez 15 lat pracy…

Mianem atrakcyjnego mogłaby określić go chyba jedynie kobieta pozbawiona zmysłu wzroku, węchu, słuchu i dotyku. Że o (dobrym) smaku nawet nie wspomnę. Janusz zatracił już wszystkie przymioty, które potencjalnie stanowiłyby jakikolwiek punkt zaczepienia dla nadania wyżej wymienionemu – zaszczytnego przecież – miana mężczyzny. Brzuszysko niczym wór pszenicy, tyłek wysadzony, zupełnie jak u kury, giry niczym Kolumny Zygmunta, łeb jak sagan. Do tego łysina, bynajmniej nie od nadmiaru testosteronu, bo Janusz ostatni raz próbował realizować się w fascynującej dziedzinie sekretów alkowy przed dziesięciu laty, dokładnie w dwudziestą rocznicę swojego małżeństwa z Grażyną. Pół minuty to trwało, łącznie z tbzw. (tak brzydko zwaną) grą wstępną. Ja te obopólne, jakże podniecające i niezbędne zabiegi określiłbym mianem wywołujących fale pożądania czułości i pieszczot.

A i ona niewiele lepsza. W zasadzie to przypomina dorodnego prosiaka, a i głos podobny. Całymi dniami przesiaduje na ławeczkach pod blokiem i nieustającej obserwacji poddaje ludzi wolnych (oraz tych, co lubią sobie pobiegać), stanowiąc najlepszy przykład żywej kamery. Jest jeszcze gorsza niż reszta towarzyszących jej próchen, bo w przeciwieństwie do tych mocniej nadszarpniętych przez nieubłagany ząb czasu, Grażyna wciąż posiada bystry, perfidny umysł oraz znakomitą pamięć. Już ona „dobrze” wie: kto z kim, gdzie i dlaczego. Szczęśliwie, zapobiegliwy i ceniący anonimowość Buster znajduje się w posiadaniu – dość unikalnego, jeśli chodzi o rozpowszechnienie pośród mieszkańców bloku – klucza od tylnego wejścia, z którego to regularnie robi użytek.

Ach, mówiliśmy przecież o psach rasy „-bull-„

Jako urodzony esteta, womituję na ich widok. Jako mężczyzna o prawdziwie tkliwym i gołębim sercu, dobry mąż i ojciec, chciałbym przychylić im nieba, każdą komórką swego jestestwa czule błogosławić… a nie, to chyba należy do papieża. Jako zagorzały fan kulturystyki, zazdroszczę im harmonijnego umięśnienia… ale gdy w końcu zrzucę te ostatnie trzy kilogramy – nie będzie wtedy pitbulla na osiedlu nad Bustera… Znowuż, nie w tym rzecz.

Polska podzielona jest obecnie cholernie mocno. Chcąc ominąć preferencje polityczne, wejdę z butami wprost w mentalność. A ta jest wieloraka. Ludzie dzielą się na normalnych oraz na debili, gdzie proporcje te są, nie od dziś, jak 1 do 9. No może do ośmiu. Niektórzy karmią się ślepą pogonią za modą i wszechmocną zazdrością, aby nie być „gorszym” od sąsiada. Jeszcze inni nie karmią się niczym. A Ty sam obierzesz swoją drogę, zwierzę ci w tym dopomoże.