Wspomnień czar, uśmiechów moc

Spotkałem się ostatnio z koleżanką ze studiów, taką prawdziwą i dobrze wypróbowaną (ekhm…). Zawsze twierdziłem, że równa z niej Kobieta, co można oczywiście odczytać w dwójnasób i opacznie, jednak tym razem nie doszukujcie się w sprawie drugiego dna, bo mojej miłej znajomej absolutnie niczego w temacie kobiecych kształtów, tudzież innych przymiotów, nie brakuje.

Wybraliśmy się na małe piwko, gdzie „małe” oznacza półlitrowe, sztuk pięć na każdy, pseudo – inżynierski łebek. W efekcie Angelica wracała do domu na czworakach, a ja jechałem na niej. I tak się wzajemnie odprowadzaliśmy: od zielonych Bielan, aż po dalekie Szczęśliwice. Z jej naprawdę zajebistych, swobodnie można by rzec kozackich butów, po fakcie zostały jedynie strzępy. Nie wiem, jak ja jej to zrekompensuję.

IMG_20160425_193950

Ale zanim meeting dobiegł końca…

Tak żeśmy się przemieszczali, pomiędzy pubem a parkiem, parkiem a pubem, i kolejny lokal, kolejna ławeczka. Na koniec, zamiast szóstego piwa na każde z nas, zamówiliśmy kaszankę z grilla. To znaczy, Angelica zamówiła, bo ja chwilowo nie byłem w stanie płynnie ani choćby odrobinę zrozumiale artykułować. Potem role się odwróciły, tj. ja nawijałem, a Angela przysypiała z głową oklapniętą jak u kury. Nieodmiennie – jak to wariacki literat, w mowie i piśmie – produkowałem się werbalnie przed mą towarzyszką, w bladym świetle księżyca, przyćmionym teraz dodatkowo przez chmury, których rodzaju nie jestem w stanie określić, ponieważ opuściłem większą część obowiązkowych (taaa… obowiązkowych) zajęć z meteorologii. Dawne czasy wróciły! Cofnęliśmy się nieomal o dziesięć lat wstecz i solidarnie stwierdziliśmy, że nic się nie zmieniło. My się nie zmieniliśmy; ani na jotę, tzn. ja dalej mam nie najmocniejszą głowę, a Angelica wciąż płucze swe szlachetne uzębienie i gardziel niebieskim Listerine, dzień w dzień o godzinie 5.24 skoro świt (zależnie od pory roku). Pewne rzeczy są oczywiste.

Każde z nas górą oddało matce ziemi, co jej – Angelica jeszcze w parku, ja zaś – już w swoim bielańskim mieszkaniu. Nadmienię, że stało się to o 4.35 nad ranem, w sposób całkowicie nagły i nieoczekiwany przerywając mój – co tu dużo ukrywać – tej nocy średniej jakości sen, i tylko lata doświadczeń w szaleńczym i porywistym wyskakiwaniu z łóżek przecudnej urody niewiast, których mężowie wracali z delegacji niespodziewanie wcześniej, uchroniły me eleganckie pielesze przed zbrukaniem, wobec którego potencjalnego rozmachu dzieła Jacksona Pollocka wypadają z zawodów w pierwszej fazie rundy kwalifikacji przedwstępnych. Ale muszli klozetowej nic już nie uratuje, tylko wymiana wchodzi teraz w grę. Także, Angelica – jesteśmy kwita.

Wracamy do życia!

O godzinie 7.15 byłem już w pracy, na której to miejsce po raz pierwszy od miesiąca nie pojechałem samochodem, tylko udałem się pieszo. Pokonanie typowych 6 minut drogi – w normalnych warunkach mego niewyczerpanego wigoru – tym razem zabrało ich siedemnaście z okładem. Jedynie porządne okulary przeciwsłoneczne, zaopatrzone w filtry, o jakich nie śniło się nawet kadrze kierowniczej Oczyszczalni Ścieków „Czajka” – zacznijcie wreszcie ozonować tę parszywą wodę! – uchroniły moje oczy przed spopieleniem, a pulsujące coraz mocniej resztki mózgu oraz twarzoczaszkę przed eksplozją, gdzie Nagasaki ’45 jawi się jako nieudany wystrzał z pistoletu korkowego marki „Flowerpower”.

Przez cały dzień ustawicznie kićkał mi się czarny atrament z czerwonym (A może to była krew? Oby nie moja…), szpadel z łopatą, pani Krysia z panią Elą. A na koniec, pomyliłem wychodek męski z żeńskim, co – ma się rozumieć – przyniosło pewne reperkusje. Kto wie, jak sprawy dalej się potoczą. Ale jest fajnie, serio!