Walcząc z bydlakiem

Wpis znajduje się w kategorii zdrowie, ponieważ stan moich nerwów, które utraciłem przez całą sytuację można z powodzeniem przyrównać do krajobrazu po pożarze lasu, przy czym, las odrośnie a moje neurony niestety już nie objawią się nagle, jak feniks z popiołów. Zostały spalone na zawsze.

Naprawdę, uwielbiam swój laptop. Acer 5738Z, zakupiony chyba w roku 2008: był niedrogi, ładny, miał dobre parametry. Te wszystkie zalety byłyby aktualne i opiewane przeze mnie do dziś, gdyby nie trapiące go od ponad pół roku problemy z zasilaniem. Zaczęło się delikatnym przerywaniem i ucieczkami prądu, co powodowało natychmiastowe wyłączanie się komputera (bateria wyzionęła ducha dwa lata wcześniej). Dowolny ruch kablem mógł wywołać zgaśnięcie ekranu oraz wszystkich diod świadczących o żywotności, toteż trzymanie laptopa na kolanach stało się niemożliwe, nie wspominając już nawet o korzystaniu z komputera wśród wygód alkowy. Stwierdziłem: – Trzeba wymienić przewód zasilający wraz z wtykiem. Zamówiłem, odciąłem stary i przylutowałem nowy. Pomogło jak ręką odjął. Niestety, nie dane było mi nacieszyć się efektem, bo już po jakimś miesiącu problemy wróciły, z jeszcze większą intensywnością.

Myślę sobie: Wtyk jest nowy, niemożliwe, aby już zdążył się zesrać. Przecież nie próbowałem przy jego pomocy wykonać remontu kuchni, ba – nawet chyba ani razu nie wypiąłem go z gniazda. – O! Gniazdo ładowania, to na pewno jego wina! Tak oświecony, wymieniłem gniazdo ładowania, a właściwie – dokonaliśmy tego wspólnie z ojcem.

Całe przedsięwzięcie miało dodatkowe plusy:

+ nauczyłem się rozkręcać laptop na części pierwsze

+ odkurzyłem go wewnątrz (po raz pierwszy po tylu latach) i zmieniłem pastę termoprzewodzącą na radiatorach

+ pogłębiłem więzi rodzinne

naprawa laptopa

Same korzyści, szkoda tylko, że naprawa wystarczyła na kilka dni. I tak męczyłem się przez kolejne miesiące, uważając aby nie potrącić, aby zbyt mocno nie dmuchnąć na komputer; znajdując się w jego pobliżu ważyłem każdy krok, przez co postronny obserwator mógł mnie wziąć za wyjątkowo niezgrabną baletnicę. Oddanie komputera do serwisu nie wchodzi w grę z powodów oczywistych. Po pierwsze, to o czym już wielokrotnie mówiłem: co mogę, naprawiam sam. Po drugie, czytając opinie i oglądając filmiki instruktażowe (youtube to jednak skarb) odnoszę wrażenie, że w naszym kraju nie istnieje ani jeden profesjonalny serwis. A gdybym na taki jakimś cudem natrafił, to koszt naprawy z całą pewnością wyniósłby połowę obecnej wartości komputera. 400zł za diagnozę i naprawę. Jedynym co przychodzi mi na myśl, i co mogłoby dać władzom takiej bandyckiej firmy do myślenia jest zastrzelenie psa prezesa na oczach jego dzieci.

Szczęśliwie, mam jeszcze jeden komputer – stacjonarny, jednak nie pisze mi się na nim nawet w połowie tak dobrze jak na przenośnym. Ponadto, żre on całe megawatogodziny energii a krzesło przy nim ustawione zaczęło niepokojąco przechylać się w prawą stronę. Pół biedy, że nie w lewą, czerwoną, ale i tak nie jest dobrze. A skoro cierpieć ma na tym moja wątpliwa twórczość, sytuacja z laptopem nie może trwać w nieskończoność. Wczoraj powiedziałem: DOŚĆ! Jakby od niechcenia, rozebrałem laptop, co tym razem zajęło mi mniej niż kwadrans i dobrałem się czym prędzej do gniazda zasilania. Wygląda na to, że nie potrafimy z ojcem lutować skomplikowanej elektroniki. Gniazdo miało luzy takie jak dyszel starego wozu drabiniastego. Ale odkryłem, w którym miejscu zrobiliśmy błąd – zbyt mało cyny w miejscach łączenia z płytą główną, zbyt dużo zaś, na górze styków (musiałem być pijany). Niestety, problem leży również w kiepskiej jakości styków na płytce głównej – robią to tak, aby nie dało się naprawić – Kup pan nowy komputer! Jeśli dalsze próby reanimacji spalą na panewce, zwrócę się do pewnego, wiecznie spoconego magika. Właśnie przed chwilą w mojej pamięci zamajaczyło wspomnienie o tym serwisancie – miał jakie takie pojęcie o technice i trochę sprzętu, a za swoje usługi żądał równowartość kilku kilogramów ziemniaków. Tak, to stanowczo dobry adres!

laptop gniazdo zasilania1

Powinienem teraz powiedzieć, że kiedyś sprzęt był bardziej wytrzymały i solidny. Mówię to. I rozumiem jeszcze sytuacje, gdzie urządzenia psują się wskutek niewłaściwej eksploatacji, grania nimi w piłkę, czy też regularnego podtapiania coca colą. Ale u mnie nawet mucha nie siada, a i tak wszystko pada. Drukarek miałem sześć, telewizorów: trzy, cieknących czajników elektrycznych nie zliczę, a spalonymi kartami graficznymi wyłożyłem sobie podjazd. Ta masowa produkcja w krajach, gdzie prezerwatywy XXL mierzą 11 centymetrów po rozciągnięciu jest dla nas tym, czym dla listonosza okazuje się być spuszczony z łańcucha rottweiler – sprawą co najmniej kłopotliwą, żeby nie powiedzieć, bolesną. Ale, żeby nie było – jestem fanem Azjatów: ich kultury, manier, pracowitości. Niech tylko, zamiast partolić elektronikę, zajmą się tym, co potrafią najlepiej, czyli – gotowaniem. Niebawem na blogu nietypowa relacja z wizyty w knajpie pana Lee, serdecznie zapraszam.