Upiekłem ciasto czekoladowe

Tak, przyznaję – stałem się kuchtą. Po części z wyboru, trochę z konieczności (bo posiłki gotowe, o ile praktyczne, to drażnią żołądek niczym poseł Niesiołowski uszy), po trzecie z oszczędności. Maniakalnie zacząłem przyrządzać obiady jednodaniowe, składające się zazwyczaj z podpieczonego mięsiwa, w pełni domowych frytek, bądź ryżu (ten akurat sprowadzam z prowincji Yunnan) oraz buraczków na gorąco, tudzież surówki z kapusty. Po obiedzie pozwalam sobie czasem na deser w postaci kilku kostek czekolady albo dwóch wafelków. Tak skromnie, bo w wyniku nieszczęśliwego splotu genów należę do ludzi, u których każde dodatkowe ciasteczko w ciągu pięciu minut od zjedzenia odkłada się na brzuchu, przybierając na powrót swój oryginalny kształt. Magia.

Ach, rozmawialiśmy o cieście. Wszystko zaczęło się od piwa. Tak, od piwa właśnie, bo kupiłem sobie butelkę tego napoju (w wydaniu ciemnym, miodowym) i wypiwszy połowę jej zawartości stwierdziłem, że już mam dość, po czym natychmiast przyssałem się do flaszki z wódką. Po odzyskaniu urwanego filmu w dwa dni później, spotkałem w swojej lodówce znajomą resztkę odgazowanego piwa i zmierzyłem się tym samym z koniecznością rychłego jej zagospodarowania. Zesztywniałe jeszcze, sękate palce zaskakująco żywo wykonały quickstepa po klawiaturze komputera i już po chwili miałem przed sobą interesujący przepis na ciasto czekoladowe na ciemnym piwie. Przyszedł więc czas na mały przegląd spiżarni:

  • Mąka: jest
  • Cukier: jest
  • Piwo: jest
  • Margaryna: nie ma, ale i tak dałbym masło
  • Dwa jajka: obecne
  • Proszek do pieczenia: jest
  • Kakao: jest, ale mało… to się wrzuci gorzką czekoladę
  • Śmietana: cholera jasna…

Rad nie rad, pobiegłem do osiedlowego po śmietanę, przy czym słowo „pobiegłem” jest tutaj tak adekwatne, jak określenie pana Piotra Szczepanika mianem prekursora współczesnej muzyki dance. Ruchy, jakie wykonywałem przygotowując się do wyjścia i będąc już w samym sklepie mogłyby zasugerować postronnemu obserwatorowi, że cierpię na zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa i akurat w tym momencie zmagam się z nawrotem choroby. A ja po prostu dopiero co wstałem, mając za sobą jedynie 40 godzin snu. Zaopatrzony w śmietanę 18% (nie wiem czego, ale na pewno nie alkoholu) oraz w butelkę soku z kiszonych ogórków wróciłem do mieszkania, gdzie wypiwszy jednym haustem śmietanę oprzytomniałem na tyle, aby do przyszłej masy cukierniczej nie dodać ćwiartki ogórkowego kwasu. Nieco już żwawszy udałem się po raz drugi do sklepu po śmietanę, dziwne spojrzenie ekspedientki biorąc za nieśmiałe zaloty.

Gdy wszedłem ponownie na parter swojego bloku, stwierdziłem, że obie windy są nieczynne i nic nie wskazuje, aby w bliskim czasie miało się to zmienić. Mając przed sobą perspektywę ośmiopiętrowej wspinaczki z towarzyszącym bólem głowy, wyznaczanym w takt mojego, i tak już przyspieszonego pulsu, zacząłem siarczyście kląć, nie oszczędzając w tym procederze dozorcy i całej jego rodziny, aż do czterech pokoleń wstecz i trzech naprzód. Panienki lekkich obyczajów w wydaniu rynsztokowym leciały jak dzikie gęsi do Bułgarii, a ich liczebność zdawała się zwiększać wraz z każdym kolejnym pokonanym piętrem. Gdybym tylko mógł je pochwycić i ustawić przy trasie Warszawa-Białystok, prawdopodobnie zostałbym największym alfonsem od czasu, gdy Silvio Belrusconi wycofał się z polityki. Jako że dzień należał do wybitnie fartownych (czekałem jeszcze tylko na krwiomocz), nie zdziwił mnie widok sąsiadki –znanej Wam już pani Fox – u kresu wędrówki.

– Panie, co pan tak kurwi?

– Windy nie jeżdżą, a ja śmietanę…!

– Wyluzuj, Buster.

– Skąd pani wie…?

– Co?

– Nie, nic. To do widzenia.

– Do widzenia, hehe.

Zakończywszy tę przemiłą, acz lekko niepokojącą pogawędkę wnet zabrałem się za gotowanie. Masło roztopiłem w rondlu z podgrzanym piwem (domyślam się, że męska część Czytelników zwymiotowała w tym momencie na klawiaturę – sorry, nie zamierzam rekompensować zakupu nowej), dodałem kakao, gorzką czekoladę i cukier, po czym, nie przerywając mieszania, w małej miseczce połączyłem śmietanę z dwoma jajkami bez skorupek (to taka nowa odmiana). Potem to wszystko przelałem razem do większej miski i poświęciłem kilka chwil przygotowaniu miksera do pracy, tj. naprędce wymieniłem wirnik silnika, bo stary zdawał się iskrzyć już odrobinę zbyt mocno. Zawsze warto mieć na podorędziu części zamienne – tę mądrość wyniosłem z domu rodzinnego.

Zmodernizowany sprzęt wywiązał się ze swojego zadania nader wyśmienicie i już po chwili pracy dał ponad kilogram jednorodnej masy. Nie zamieszczę dokumentacji fotograficznej, bo po prostu jej nie wykonałem. Tak natomiast wygląda gotowe już ciasto.
ciasto czekoladowe

Gdybym nie liczył kalorii, prawdopodobnie polałbym dodatkowo wierzch czekoladą, bądź oprószył cukrem pudrem. Ale i bez tego jest świetne; słodkie i wilgotne, czyli szczególnie miłe męskim upodobaniom. Zawiozłem wypiek rodzicom i bratu, zawiozłem obu babciom, po czym zreflektowałem się, że jeżeli nie ukrócę niezwłocznie tych rozdawniczych praktyk, to za chwilę zostanę z pustym prodiżem. Sprawa była o tyle poważna, że swoją wizytę zapowiedział Czesław, który wszystko, co się przed nim postawi na stole zje w dowolnych ilościach i kombinacjach.

Chociaż nie przepadam za gotowaniem, to fakt, że inni konsumenci po raz kolejny doceniają efekty moich nierównych zmagań z kuchennymi demonami napawa mnie obfitym zadowoleniem. Oczywiście, mógłbym z łatwością rozmieszać ciasto z torebki, albo kupić samo pęczniejącą babeczkę-zalewajkę. Nie o to jednak w życiu chodzi, aby było łatwo, bo takich wątpliwych osiągnięć się nie docenia. Nie dają oczekiwanej satysfakcji. Poza tym, trochę jednak kręci mnie cała ta kuchenna alchemia i możliwość zrobienia czegoś fajnego od podstaw. Mam nadzieję, że tą historią dostarczyłem Wam pewnej dozy rozrywki. Patrzcie na nią jednak lekko przez palce, zwłaszcza w wymiarze trunkowym. Buster alkoholikiem? Nie za mojego życia.