Tramwaj, zwany…

Rzecz działa się w pierwszej połowie dzikich lat dziewięćdziesiątych w mieście stołecznym Warszawa. Tego ciepłego, majowego popołudnia motorniczy Andrzej kończył właśnie pracę na dziś i zdążał swoim czerwonym, dwu wagonowym składem wprost do zajezdni Żoliborz. Dzień zaliczał do udanych: nie był zmuszony (jeszcze bardziej) przyozdobić swoją twardą pięścią oblicza żadnego żula, którzy podówczas tak nagminnie zakłócali pracę tramwajarzy, a dodatkowa perspektywa miłego wieczoru, spędzonego z żoną i schłodzonym piwkiem – kolejność dowolna i równie dowolnie przeplatana, z naciskiem na piwo – napawała go dobrym, wręcz śpiewnym nastrojem. Nie chcielibyście jednak słuchać piosenek Modern Talking w wykonaniu Andrzeja, ba – nawet diamenty – które przecież są wieczne – popękałby od tych unikalnych, w skali dziejów Ziemi i całego wszechświata, dźwięków.

Ruszał właśnie z ostatniego przystanku, uprzednio upewniwszy się, jak zawsze, że wszyscy pasażerowie szczęśliwie zdołali opuścić pojazd. Zadzwonił jeszcze dzwonkiem, po czym, niespiesznie, wcisnął pedał gazu. Nie ujechał nawet 10 metrów, gdy drugi wagon tramwaju zarzęził, lekko podskoczył, a czułych uszu Andrzeja dobiegł przeraźliwy krzyk. Gdyby pedał hamulca wykonany był z sera mozzarella, otrzymalibyśmy właśnie pizzę w rozmiarze max, z tym że zimną, bez ciasta, dodatków i sosu pomidorowego. Chociaż nie, bo ten ostatni pojawił się, w przesadnej wręcz obfitości, na torach.

Przyprawiając strusia pędziwiatra o pąsowy rumieniec wstydu przegranej, Andrzej wyskoczył z kabiny. Jego – pięknym inaczej – oczom ukazał się widok rodem z Pampeluny w dniach lipcowych. Chciałbym oszczędzić Wam szczegółów, zwłaszcza tych najbardziej drastycznych…

Wiedzcie jednak, że lało się. Oj lało. Seria horrorów spod znaku piły jawi się przy tym obrazie jak cukierkowa bajka, wyświetlana grzecznym dzieciom, w przedszkolu, na dobry sen, zaś brzegi rany wyznaczyły nowe standardy, a zarazem granice pojęcia „postrzępione”, gdzie projektanci modnych jeansów inspiracje czerpać mogliby pełnymi garściami, by jeszcze mocniej trafić w gusta i fanaberie celebrytów z Hollywood. Oczywiście dopóty, dopóki żaden pojazd szynowy nie odetnie im dłoni i rąk. Uważajcie na siebie, zawsze!

Facet w średnim wieku leżał na wpół wciągnięty pod pierwszy rząd kół drugiego wagonu, wydając z siebie odgłosy przywodzące na myśl watahę wilków, której przerażająca sława, nocą, przy pełni księżyca, na mrocznych wrzosowiskach Szkocji, od lat pobudza wyobraźnię twórców i mitomanów wszelkiego sortu. Lewa noga odcięta została w kolanie, a beżowe spodnie nieszczęśnika po tej stronie przybrały kolor matowo-rubinowy, aż do wysokości krocza. Grymas skargi i bólu na porządnie wyglądającej, po wojskowemu wygolonej twarzy nowo mianowanego kaleki zdawał się wołać tylko: „Ratuj mnie, proszę!”.

Andrzej wrzasnął do jakiegoś gościa, stojącego na przystanku:

– Eee, małolat! Dzwoń szybko po pogotowie! Tam jest budka telefoniczna! (Era komórek miała dopiero nadejść, niestety.)

Szybko oceniwszy sytuację, wprawnym okiem i trzeźwym (jeszcze) umysłem, z najwyższą delikatnością, podjął próbę wyciągnięcia ofiary spod tramwaju. Próbę zakończoną pełnym sukcesem, warto dodać. Nie zważając na krzyki i lamenty nieboraka, ujął go pewnie pod ramiona, wyswobadzając – żywe przecież jeszcze – ciało spod 17 ton bezlitosnego żelastwa. Cud, że się to udało!

Potem, aby ponownie odzyskać jasność umysłu, zapalił papierosa. Ten, samodzielnie skręcany, zwitek tytoniowego suszu podziałał nań niczym paliwo rakietowe na obiekty relacji ziemia-kosmos NASA. Zacisnąć trza tętnice – pomyślał. Co by tutaj – jął się zastanawiać – kolejne, głębokie zaciągnięcie gryzącą chmurą zabójczego dymu – linka od pantografu! Wskoczył w te pędy do kabiny i już po chwili biegł z rzeczoną do potrąconego. Wprawnymi ruchami hobbystycznego żeglarza naraz obwinął do połowy oberżniętą kończynę naprędce zorganizowaną stazą. Pomimo jednak, że zacisnął co sił, krew dalej leciała; może już nie strumieniami zdolnymi w krótkim czasie napełnić wiadro, ale jednak wciąż obficie. – Myśl, Andrzej, myśl – stukał się w głowę. Nagle, eureka! Zasada dźwigni, wajcha od zwrotnicy! Jak pomyślał, tak zrobił, i oczom biernego tłumu gapiów ukazał się wnet następujący widok:

Niewielkiego wzrostu, a krępej budowy, krótko-czarnowłosy, żywotny gość w sile wieku, w pocie czoła okręcał, metrowej długości, żelazny pręt punktowo wokół stalowej linki, zaciśniętej z kolei na kikucie nogi poszkodowanego. Działanie odwrotne do rozbrajania korka od szampana. Efekt był wyśmienity: krew przestała lecieć. Przybierające na mocy jęki skwitował zdawkowym:

– Cicho tam! Ratuję ci przecież życie!

Za kolejne kilkanaście minut przybyło pogotowie.

– Jechaliście, kurwa, z Pułtuska?

 

Medycy, gdy już się pojawili, działali nadzwyczaj sprawnie i metodycznie. Nowa opaska uciskowa i mnóstwo materiałów opatrunkowych, do tego, dożylnie, taka dawka fentanylu, która swobodnie zdołałaby odesłać tyranozaura aż do krainy wiecznych łowów, i nasz poszkodowany, nie dość, że wnet powrócił do świata żywych, to nawet zaczął opowiadać wcale niezłe dowcipy. O motorniczych.

– Eee, panie Ratownik – rzucił na koniec ten ostatni, od niechcenia. – Wajchę od zwrotnicy proszę mi oddać! Ręką tramwaju przecież nie zawrócę na tory postojowe.

– Ty nie zawrócisz? – chciałoby się dodać.

Już niebawem w blogu więcej przygód Andrzeja, a jest o czym pisać!