Sprzedajemy Toyotę odc. 1

Mam wątpliwą przyjemność wystartować z serią tekstów, na które pomysłów dostarczyło samo życie. A to ostatnie ciężkie jest zaiste dla zawodowego handlarza samochodami, przy czym ja nie jestem ani handlarzem, ani zawodowym, ani, tym bardziej, samochodami.

Nadejść musiał czas, że pożegnać mi przyszło się z jedną toyotą, aby wejść w posiadanie drugiej, nieomal identycznej, ale nowszej i mniej zajechanej. Kolejność co prawda nie ta, bo wpierw otrzymałem (w wyniku aktu darowizny) tę lepszą. No bo przecież muszę mieć czym jeździć te 300 metrów do pracy, nie? Samochód wystawiłem do sprzedaży w internecie oraz przykleiłem kartkę (sztuk 4) za szybą wozu, uprzednio zaparkowawszy go w dość mocno uczęszczanym miejscu na osiedlu, czyli przy kościele. Oferowany pojazd cierpi na pewne niedomagania blacharki, tj. do w miarę szybkiej wymiany kwalifikuje się próg, do poprawek zaś są nadkole oraz błotnik. Mechanika i silnik działają natomiast jak przysłowiowa „pszczółka” – no po prostu mucha nie siada. Przeżyłem miesiąc gehenny użerania się z klientami, najróżniejszej maści i – brzydko mówiąc – najróżniejszego sortu. Nieomal same ciekawe przypadki – o ile jesteś właśnie w trakcie specjalizacji z psychiatrii klinicznej i szukasz inspiracji do napisania długiego referatu na zaliczenie kilku lat. To się nawet doskonale składa – dostarczę Ci dość materiału. Finalnie samochód sprzedałem dzisiaj, rzutem na taśmę, ale o tym może kiedy indziej, bo aktualnie pozostaję pochłonięty odprawianiem litanii w intencji, aby kupujący się nie rozmyślił. Teraz zaś szczegółowa relacja z porannej wizyty pewnych idiotów, co jednocześnie oznacza, że kolejne teksty z serii cechować będzie odwrócona chronologia. Zapraszam.

Dwóch gości przyjechało do Warszawy aż z Aleksandrowa Łódzkiego. Pierwszy z nich, a zarazem kupujący, był podobnym do psa czterdziestoparolatkiem – to z twarzy, bo rozmawiał całkiem normalnie i do rzeczy, tj. co pewien czas wyrzucał z siebie losowo wygenerowane zdania pojedyncze, z których zrozumieć – choćby tylko oględnie – można było co trzecie. Jego niebieskie jeansy zdawały się wyznaczać nowe znaczenie słowa „niewyprane”. Teraz za to – nienaganny dotąd – fotel kierowcy wymaga gruntownego prania. Już nawet uczestnicy Festiwalu Woodstock, w rodzimym wydaniu i u jego kresu, miewają na sobie czystsze ubrania! Brzuszysko, bezwstydnie wywalone na wierzch, sugerowało szczególne wręcz zamiłowanie do grillowania i konsumpcji kebabów w grubej bułce.

Drugi jegomość, chociaż przedstawiał sobą widok nieco odmienny, swą aparycją również nie stanowiłby inspiracji dla włoskich malarzy okresu średniowiecza. Ani żadnego innego. Trochę po pięćdziesiątce, ubrany w nowe i czyste ciuchy, jednak gdy uważnie przyjrzałem się jego butom w typie adidasów, wyraźnie dostrzegłem wystające z nich żółtawe źdźbła słomy. Taki typowy statusiały opój z gębą jak burak, poczerwieniałą od nieleczonego nadciśnienia. Miałem ochotę zarekomendować mu pobliską knajpę, gdzie można zjeść wcale niezłą – a co najważniejsze, wielką i tłustą – golonkę. A te wąsy… prawie jak u Toma Sellecka. Prawie, bo w całokształcie bardziej przypominał Wałęsę, i to takiego właśnie z okolic Aleksandrowa Łódzkiego. Piękne miasto, piękny kraj, piękni ludzie – wszystko się zgadza. Za jakie grzechy muszę tak cierpieć?

Obstawiałem, że przyjadą starym golfem, ewentualnie passatem z Wehrmachtu. Wiele się nie pomyliłem, bo dotelepali się tutaj czterokołowym wytworem, można by rzec – wybitnym przedstawicielem bawarskiej myśli technicznej z początku lat transformacji ustrojowej. BMW – Beczka Mięsa Wieprzowego.

Gdy przyszliśmy  z ojcem – współwłaścicielem pojazdu – na miejsce, drugi facet udawał, że rozmawia przez telefon z zaprzyjaźnionym blacharzem, w wyolbrzymionych słowach opisując mu rozległość niedociągnięć karoserii mego pełnoletniego już przecież automobilu. Uzyskana przez niego wycena koniecznych napraw opiewała ponoć na absurdalną (jak na aleksandrowskie warunki) kwotę 1500zł.

Pooglądali, pomarudzili, po czym wybraliśmy się na krótką przejażdżkę. Klient prowadził jak rodowity mieszkaniec województwa łódzkiego.

Wreszcie padła konkretna oferta:

– Dam trzy tysiące.

– Ale wie pan, takie toyoty z lepszą blachą chodzą po pięć, nawet pięć i pół tysiąca…

– No wiem… – zafrasowany podrapał się po głowie. Powietrze aż drżało od wysiłku umysłowego, jaki właśnie toczył się tam, w środku, pod twardym sklepieniem czaszki. Wszak nie tak łatwo jest wyprzeć próżnię.

– Cena wywoławcza, jak pan wie, wynosi 3800… może spotkajmy się gdzieś w połowie – rzuciłem z przyrodzoną nonszalancją w mowie (i piśmie).

Odpowiedział mi zdziwiony wzrok obu panów.

– No 3400 – to będzie w połowie – uzupełniłem z grymasem.

– A nie, mowy nie ma. Ile ja muszę jeszcze włożyć… – ciężko ocenić, czy było to pytanie, czy stwierdzenie.

– Wie pan, trudno oczekiwać od tak leciwego samochodu perfekcyjnego stanu. A ten przynajmniej ma dobry silnik i przyjemnie się nim jeździ. Nie ściąga na bok, wszystko działa. Klimatyzacja również.

– No wiem…

Odeszli się naradzić. My zrobiliśmy to samo. W wyniku naszej burzy mózgów powstała jasna i klarowna decyzja: sprzedamy za te trzy tysiące, choć z bólem (w wersji dla byłego prezydenta i wyżej przedstawionych panów: „z bulem”), bo dosyć już mamy użerania się z tym problemem. Serdecznie dosyć. Ale – jak się okazało – nie aż do tego stopnia serdecznie:

– Daję 2500.

– Panie… Nie ma nawet mowy. Jak tak dalej pójdzie, to za kwadrans zaoferuje pan półtora tysiąca.

Odpowiedział nam jedynie psi wyraz pyska. I nie był to pies przyjaciel, a raczej wyliniały i znudzony podwórkowy pchlarz.

Wróciwszy do domu, pierwsze co zrobiłem, to duszkiem wlałem w siebie ćwiartkę żołądkowej. A była godzina niespełna 10 rano. Fakt, zmarzłem, bo schyłek kwietnia oczarował nas w tym roku aurą rodem z Irkucka, ale to nie to, bo w innym przypadku wystarczyłaby sama gorąca herbata z cytryną i dwa – no może trzy – opakowania aspiryny, jednak beton umysłowy, z którym przyszło nam się w ten sobotni poranek zmierzyć wyczerpał pokłady dopaminy, z tak pieczołowitą zachłannością gromadzone w ostatnim czasie przez mój organizm. Nigdy nie potrafiłem się dogadywać z klasą robotniczą, a życie wciąż, bez zachowania jakiegokolwiek umiaru, stawia jej wybitnych przedstawicieli na krętym szlaku tej ziemskiej wędrówki Waszego uniżonego sługi. Zdrowie czytelników!