Przepraszam, ja tylko siku

Byłem w Castoramie celem kupna płytek do łazienki. Glazury nie kupiłem, bo straszną chałę oferowali – chałę w niedużym wyborze, warto dodać. Ale – żeby nie wychodzić ze sklepu z pustymi rękoma – nabyłem zawory do kibelka oraz do pralki, bo stare mogą w każdej chwili przenieść się na łono Abrahama – ryzyko stałe w przypadku istnień leciwych – czyniąc przy okazji z mojego mieszkania malownicze akwarium słodkowodne, jednak bez przyjemności dla ewentualnych obserwatorów, tudzież ofiar.

Byłem porządnie wypity – przez ostatnie trzy godziny raczyłem się wodą mineralną na działce, toteż już przy kasie odezwał się dziki zew natury.

Wbijam więc do toalety z tymi zaworami w dłoni. Pisuary nie tyle zajęte, co… a niech będzie, że zajęte. Przez sprzątaczkę, która to akurat wzięła się za mycie wyżej wymienionych. Jako, że do hipermarketowego ekshibicjonisty daleko jest mi podobnie jak do rodowitego Eskimosa oraz nie bagatelizując również realnego zagrożenia przejechania brudną ścierką po moich częściach intymnych przez kobietę w średnim wieku i niebieskim uniformie, z twarzą przyozdobioną charakterystycznymi okularami z podwójnymi soczewkami, jasno wskazującymi na potężną wadę wzroku, udałem się w kierunku jednej z kabin.

A jak Buster wchodzi do kabiny, to nie ma… wiecie czego i gdzie…

Okazuje się, że jednak jest.

Jak ostatni idiota wybrałem kabinę numer 1. Osoby, które – podobnie jak ja – były świadkami narodzin epoki żelaza, pamiętają zapewne teleturniej „Idź na całość”, prowadzony przez Zygmunta Chajzera. To ten uśmiechnięty pan z reklamy Vizira. Uczestnicy, grając o nagrody, musieli w pewnym momencie dokonać wyboru jednej z trzech bramek. Wtedy odsłaniała się kurtyna i w bramce numer „jeden” ukazywał się Zonk.

Tak więc, zdecydowanym ruchem otworzyłem drzwi kabiny. Nie stawiały oporu, nie spodziewałem się więc nieoczekiwanych i z całą pewnością wątpliwych wrażeń. Jednak…

– Eee… – odezwał się siedzący na klozecie mężczyzna. Nie wiem, czy odgłos ten wynikał z reakcji na moje nieoczekiwane, pardon, wejście, czy też może spowodowany był stosownym napięciem fizjologicznym. I niechaj wiedza ta na zawsze pozostanie tajemną.

– Przepraszam – odparłem, w ułamku sekundy zatrzaskując drzwi z powrotem.

Jak on mógł się nie zamknąć?! Barbarzyńca.

1431380437

W takich chwilach często zadajemy sobie pytanie, kto był bardziej zażenowany i nigdy nie potrafimy na nie jednoznacznie odpowiedzieć. Ja jednak skłaniałbym się ku przeniesieniu większej części wstydu na tego pana, którego rysów twarzy nie byłbym w stanie przywołać z pamięci, choćby nawet od tego zależało moje życie. Nie bez znaczenia pozostaje również obawa, że po wykonaniu zaplanowanych czynności spotkamy się z osobą nakrytą au naturel podczas mycia dłoni. To może skorzystać z toalety i dać czym prędzej dyla?

Powiem szczerze, że taka ewentualność przeszła mi przez myśl, zaś ręce obmyłbym wodą z butelki wożonej zawsze w bagażniku samochodu, który przy odrobinie szczęścia wciąż stał na sklepowym parkingu. Mam tam też zawsze kilka szmat i ścierek, i nie bawiłem się tutaj w metafory. Jeszcze gotów byłby ktoś pomyśleć, że zniewoliłem siostry Kardashian i – niczym Ted Bundy – przetrzymuję je we wnętrzu spalinowego, mechanicznego przedłużenia swojej męskości. Ach, te Volkswageny…

Koniec końców, problem rozwiązałem w sposób koncepcyjny, inżynierski. Szybki (bez pochylania głowy – to nie remake jednego z odcinków Jasia Fasoli) rzut oka na dolną kratkę wentylacyjną w drzwiach okupowanej toalety, utwierdził mnie w przekonaniu, że facet zmaga się z problemem znacznie poważniejszym niż z początku mi się wydawało, i szczęście, że nasze kabiny oddzielone były murowaną, nieprzepuszczalną ścianą. Kupione przeze mnie zawory chyba bardziej przydałyby się jemu. Tak więc: błonnik najlepszym przyjacielem człowieka, i tym interesującym wnioskiem na dzisiaj zakończymy.