Odkryłem dziwny zespół

Dschinghis Khan

Taneczno-wokalny zespół z kapitałem zakładowym niemieckim, w składzie którego mamy potomków Bismarcka, Ferenca Molnára oraz pewną uroczą Holenderkę, o której niżej – gdyby ktoś, jakimś cudem, miał wątpliwości, o którą dziewczynę chodzi: mowa o tej, w seledynowym uniformie, której boskie oblicze, niewiadomym zbiegiem okoliczności, znalazło swoje miejsce w miniaturce wpisu. Ta druga jest równie atrakcyjna jak ciocia Jadwiga z szatni w przedszkolu.

Z tego miejsca przepraszam wszystkie damy, ale tak pięknej kobiety nie widziałem, od kiedy pod koniec lat osiemdziesiątych ruszyłem z Bee Geesami w dzikie tournée po Australii. No może jedną… ale ona jest z daleka, i w ogóle…

Miałem kiedyś trochę podobną dentystkę… tam zaraz miałem – leczyła mi zęby. Ach, cóż to było za plombowanie… kanałowe, warto dodać. Siedem lat minęło, a poddana zabiegom część ciała dalej stoi – tak się to robi, Miłe Panie. No fakt, zapłaciłem, i to bardzo krocie, jak za godzinę przyjemności. Warto było!

Drobna analiza artystów

Niewysoki, zarośnięty koleś z poduszką na łbie. Przyznam szczerze, iż z początku myślałem, że to jakiś przyjeb. Stale wygląda, jak gdyby ukradkiem drapał się po dupie. Gdy jednak odkryłem, że swojego czasu był w miarę sprawnym perkusistą, mój ogląd tej osoby odmienił się o jakieś 178 stopni. Doskonale wpisuje się w całokształt kontrastowego kalejdoskopu, będącego znakiem rozpoznawczym zespołu. Tutaj nikt i nic nie ma swojego stałego miejsca, większość rzeczy dzieje się w zasadzie chaotycznie, a mimo tego Dschinghis Khan dystansuje na miliardy lat świetlnych nieomal wszystko to, co jest w stanie zaproponować nam współczesna, licha, sztuczna i nadęta popkultura z jej lalkami barbie i kenami, Filipami, czy innymi Chajzerami, że o wbitym w garnitur Zenku Martyniuku o zielonych oczach, nie wspomnę. Naturalności nam potrzeba, a nie powtarzalnej tandety.

W swoich piosenkach i występach kostiumowo-tanecznych przerobili większość z dostępnych folklorów narodowościowych z całego świata, zdobywając w pełni należną popularność i sławę. Możecie sobie popatrzeć, względnie „popatrzyć”, posłuchać.

Łysy jegomość, Niemiec o twarzy sowieckiego żołnierza z najgorszych lat historii, ubrany w strój egipskiego kapłana, czy też – wedle uznania odbiorców – upodabniający się do postaci ze Star Treka, pasuje tutaj jak dżem do ryby w piątkowy obiad, ale to właśnie jego głęboki bas-baryton najdobitniej przebija się podczas męskich kwestii wokalnych.

O cioci Jadwidze pisałem już na wstępie, jednak jako rasowy wielbiciel kobiet pragnę rozwinąć myśl. Te włosy kręcone jak u niewiast liczących siedem dekad, które tak licznie reprezentują moje warszawskie podwórko starzejącego się paskudnie osiedla, ta twarz, niby w porządku, ale jednak… także, widziałbym w niej dobrą koleżankę, bez znamion buzującej seksualności, nawet po butelce wina; czy tam dwóch – co za różnica. Jest trochę jak Camilla Parker-Bowles w odniesieniu do absolutnie cudownej księżnej Diany. Poza wszystkim to oczywiście bardzo urodziwa pani, jednak w me gusta trafia podobnie mocno, jak Filip Chajzer.

Temat „pięknego dżentelmena” w cylindrze, przystojnego jak Mount Blanc, nie wchodzi w zakres analizy. Facet jest interesujący i charyzmatyczny niczym dorsz. Albo Filip Chajzer.

Natomiast ten wąsaty wysoki, emir czy inny sułtan – niech może ustalą to Arabowie – stanowi twarz i ikonę zespołu. To on jest tytułowym Dschinghis Khanem. Świetny tancerz, akrobata. Według części mężczyzn wyborny kochanek. Zmarł na AIDS w Republice Południowej Afryki. Koniec w dawnym stylu.

Sztampa i kicz?

Dla osoby, która do cna pozwoliła się już przesiąknąć popularnymi melodyjkami ze smartfonów i youtube (sic!), pewnie tak. Dla innych zaś, choćby dla Autora i rzeszy, bynajmniej nie Trzeciej, jego znajomych z Klubu Seniora, muzyka prawdziwie melodyjna i rytmiczna, stanowiąca wspaniały powrót sentymentalny do czasów, gdy wszystko było bardziej prawdziwe, a iskrzące na każdym kroku życie stanowiło czystą emanację serca i duszy. Uważajcie na ich piosenki – są równie skoczne jak pchła z okolic Czarnobyla i wpadają w ucho niczym szerszeń, który opił się miodu (pitnego). A wtedy szybko może się okazać, że – całkiem nieświadomie – nucicie sobie, mniej bądź bardziej udolnie, melodie z tych barwnych teledysków przygotowując śniadanie, kosząc trawę w ogródku, czy też może nawet podczas miłosnych igraszek z kimś naprawdę uroczym i przyjemnym, czego, oczywiście, nie sprawdzałem.

Buster