Jedynym wyjściem jest śmierć

Ośmieliłem się posłużyć tą sentencją, będącą zarazem tytułem jednego z dawnych kryminałów, bo wyraża ona jednocześnie wszystko, i nic. Ale zacznijmy może właśnie od kryminałów. Znacie te skandynawskie, gdzie zamyśleni ludzie we wzorzystych swetrach wyglądają przez okno, gdy pada deszcz? Mógłbym wymienić jakieś trzydzieści milioniardów ciekawszych zajęć, i to siedząc na fotelu u dentysty, gdy ten poddaje mnie akurat złożonemu leczeniu kanałowemu na zębie, leżącym gdzieś w okolicach przełyku, tudzież dwunastnicy, a jedyna europejska fabryka preparatów stosowanych zazwyczaj do znieczuleń spłonęła przed tygodniem, podczas gdy fracht nowych ampułek z Chin trwa średnio 14 dni.

Nuda… tego w swoim życiu stanowczo nie chcemy, ale:

Listopad

W naszym żałosnym klimacie jest to miesiąc najbardziej chyba nijaki, jeszcze bardziej nudny niż Artur Andrus w powtórkowym skeczu emitowanym o 3 w nocy, i wyblakły mocniej, jak topielec, co płynął od Krakowa do Gdańska. Jest jak kraj pełen ludzi, którzy regularnie i dobrowolnie oglądają telenowele. Czyli, wypisz wymaluj, Polska.

A w jego pierwszy dzień, tradycyjnie i gromadnie, jako żywo (sic!), ruszamy na nekropolie. Na podbój nekropolii, chciałoby się rzec… no właśnie, te nasze polskie tradycje, przesadnie rozdmuchane i przerysowane przez Kościół, przez znaczną część społeczeństwa kultywowane niejako „na siłę”. Ja, gdy czegoś nie lubię, staram się po prostu tego nie robić; to takie proste – wystarczy jedynie odrobina stanowczości. W czasie „przedlistopadowym” wprost uwielbiam prowadzić rozmowy z prostymi ludźmi, których to niechybnie poznaję po pewnym, mocno charakterystycznym i takoż irytującym zarazem słowie:

– Pójdę na jego grób i zapalę mu światło.

– Och! Ileż tu świateł! (Nie, nie mówimy o sali operacyjnej ani o koncercie Pink Floydów.)

– Może światła dla pani? Tanio.

– Po ile te światła?

– Po ile te światełka?

„Światło” zamiast znicz. To takie poczciwe. Już lepiej mówić świeczka, lampka albo kopciuch. Już lepiej rozpalić na płycie nagrobnej ognisko i upiec kiełbaski na kościach nieboszczyka (Viva Mexico!).

Sam na cmentarzach bywam często, tj. przynajmniej raz w miesiącu. To i tak słabo, bo większość moich dawnych znajomych i przyjaciół przebywa tam stale, bez możliwości opuszczenia bram, czy choćby nieco przyciasnej przestrzeni wnętrza grobu. Odeszli, wprost w otwarte wrota chmur. Przeważnie. Czasem, gdy idę tak kasztanowymi alejami nekropolii, otoczony niemym kokonem ciszy, nachodzi mnie refleksja nad przemijaniem, taka prawdziwa, a nie to komercyjne gówno sączące się dzisiaj z ekranów telewizorów. Przepraszam, paneli LED.

Bywa, że zastanawiam się, ile osób zapłacze, jeśli odejdę nagle i niespodziewanie. Kordon byłych dziewczyn, niekoniecznie właściwie potraktowanych dawniej przez zmarłego, które przyjdą na pogrzeb, co prawda w barwach żałobnych, ale jedynie w celu splunięcia mu w twarz (bo trumna będzie, po amerykańsku, otwarta), się nie liczy. Garstka najbliższych krewnych, kilkoro dalszych, jedno naręcze znajomych. A chciałoby się tłumów! Ale na tłumy, proszę Pani, to trzeba sobie jeszcze zapracować…

Wspomnienia pogrzebów

Wciąż do nich powracam; jak język do dziury w zębie – nawet jeśli chcesz przestać, i tak nie możesz; to niewykonalne. Dużo u mnie dzisiaj odwołań stomatologicznych, ponieważ dopiero co byłem na plombowaniu. Ale mniejsza może o mnie, bo mówić będziemy o nieobecnych. Gdy pierwsza łopata ziemi z głuchym łoskotem spada na trumnę… nie istnieje na tym świecie nic bardziej dojmująco sugestywnego ani symbolicznego. Z prochu powstałeś? Raczej z białka. I w nicość się obrócisz. Taka prawda. Za sto, dwieście lat, o ile nie jesteś drugim Słowackim albo Elvisem Presleyem (bo o wielkim Royu Orbisonie to już chyba tylko ja pamiętam), twój grób, a raczej napis na tablicy, będący już podówczas jedynym potwierdzeniem twojego niegdysiejszego istnienia zniknie, dół zostanie przekopany (przeorany młotem wyburzeniowym), a nikłe pozostałości wgniecione w dno i przykryte świeżym, być może zupełnie niespokrewnionym nieboszczykiem. Dla grabarzy to jedynie codzienna rutyna, a dodatkowo: „Prapradziadek zostawił po sobie jedynie mieszkanie w post-komunałce, pełne karaluchów. Kij mu więc w oko.” Tzn. szpadel w spróchniałe resztki gnatów.

Opowiem wam pokrótce pewną historię

Był sobie Kacper. Dobre imię… dla królika. Kacper poznał Ankę jeszcze w gimnazjum. Całkiem dorodna była z niej panna. Od kiedy tylko sięgam pamięcią, Kacper zawsze był totalną miernotą, zarówno fizyczną, jak i umysłową. Ja chociaż mam dużo mięśni. W rodzinie traktowany jako wypadek przy pracy, a może raczej strzelony na próbę wypierdek. Był jak opinie polityczne Andrzeja Grabowskiego – guzik wart. Ale jednak znalazł sobie dziewczynę, podczas gdy zdecydowana większość jego bardziej okazałych kolegów wciąż ćwiczyła pocałunki z paskudną, wąsatą kuzynką, tak upragniony (nie bez przyczyny) seks oralny praktykując jedynie z owocem brzoskwini. Tak naprawdę, to nie on znalazł ją, a ona pochwyciła jego. Anka, zła i głupia pipa, musiała po prostu mieć, posiadać kogoś, kim mogłaby bezgranicznie zarządzać, kierować, mieć władzę – nad osobą znacznie od niej słabszą. Długo nie musiała szukać, Kacperek nawinął się w idealnym czasie i miejscu. Oszukańcza idylla nie trwała jednak długo, bo, po roku intensywnego niszczenia duszy chłopaka, na przemian z miałkim seksem, jako ochłap rzuconym na pociechę, Anka znalazła sobie lepszy obiekt wątpliwych westchnień. Spadaj frajerze – i tyle w temacie.

Kacper po tym wszystkim popadł w totalną depresję. Już stał na poręczy mostu z kamieniem umocowanym do stóp, ale… przyjechała psiarnia i go zabrała. Już balansował na chybotliwym taborecie z pętlą u szyi, ale… w ostatniej chwili uzmysłowił sobie, że nie wypalił przecież ostatniego papierosa. Że nigdy, w swoim całym, żałosnym życiu nie wypalił żadnego papierosa. Już wskakiwał pod pociąg relacji Warszawa-Sromowce Niżne – skład wykoleił się kilometr wcześniej. Nawet w kwestii samobójstwa dawał dupy.

Wtedy właśnie to wszystko, ten dziwaczny i wiele dający do myślenia splot (nie)fortunnych zdarzeń sprawił, że Kacper się otrząsnął. Odrzucił debilne myśli o samobójstwie. Bo póki żyjesz, wszystko się może zdarzyć, wszystko jest możliwe. Tylko musisz żyć.

Wziął się ostro za siebie. Podciągnął się w nauce, wybrał studia, poprawił sylwetkę. No i zmienił imię, wiadomo. Donald – to brzmi dumnie.

Jedynym wyjściem jest śmierć

To prawda, bo to jedyne, co nas wszystkich wspólne czeka. Ale teraz, róbmy rzeczy szalone, zapadające mocno w pamięć. Niekoniecznie zawsze dobre i właściwe, to byłoby nudne. Wtedy może ktoś zapłacze albo zaklnie, albo zapłacze i zaklnie, po naszej śmierci. Albo się ucieszy, jak w moim wypadku. Inaczej to wszystko nie ma sensu, równie dobrze moglibyśmy urodzić się jako meduza – balansująca w toni morskiej galaretowata maź o jedynie fizjologicznych potrzebach życiowych. Albo stonoga. Zbigniew Stonoga.

Cóż za niedorzeczność!

 

  • Juven

    Coś rzadko teraz piszesz

    • Alutka

      Może i Buster rzadziej pisze, ale Jego teksty są jak pomniki (uczy nas przy tym stosować fajne porównania). Poczytaj sobie wcześniejsze teksty, do których ja wracam niemal każdego dnia, aby poprawić sobie humor 🙂 Nie zawsze ilość = jakość, warto o tym pamiętać!

      • Dziękuję! Pozdrawiam. Nie przepraszam.

  • Dulia88

    Z prochu powstałeś… haha 😉 Wiesz… dobrze, że jesteś!

    • I z pełną wzajemnością 🙂

  • No nie mogę się nie zgodzić 😉