Jak można naciąć się na randkach w ciemno

Historia zaczyna się Roku Pańskiego 2006 na przełomie marca i kwietnia. Wtedy to, w pewne sobotnie chłodne popołudnie, spędzane jak zwykle przed komputerem, w umyśle Kordiana zakiełkowała pewna myśl. Złota i genialna myśl, jak sądził.

Kordian był typem indywidualisty. Zawsze miał niewielkie grono wypróbowanych przyjaciół, które w zupełności mu wystarczało. Unikał wszelkich imprez, no może poza statecznymi posiedzeniami nad szklanką piwa, połączonymi z wypaleniem paczki papierosów, które były jego ogromną namiętnością. Nie chodził na dyskoteki, domówki, rzadko wyjeżdżał. Od ostatniego rozstania myślał, że jest ponad tym, że oszuka potrzebę miłości i bliskości. Niestety, natura w pewnym momencie dała o sobie znać.

Siedząc przed komputerem zaczął rozmyślać nad swoim życiem. Niczego właściwie mu nie brakowało. Miał wszystko co chciał, nie należał do ludzi biednych. Czuł jednak swoisty niedosyt i wreszcie zrozumiał jego prawdziwą przyczynę. Zdając sobie sprawę z ograniczoności swoich kontaktów towarzyskich, doszedł do wniosku, że poznanie wartościowej dziewczyny tradycyjną drogą byłoby bardzo trudne. Patrząc w monitor i beznamiętnie klikając myszką w zakładki, będące odnośnikami do najczęściej odwiedzanych stron internetowych, natrafił na reklamę pewnego portalu randkowego. Zawsze podchodził sceptycznie do tego rodzaju stron. Przecież w opinii wielu ludzi (także i jego) są to miejsca dla niezaradnych życiowo, dla osób nieradzących sobie z nawiązywaniem relacji „w realu”.

Tłumacząc sobie, że robi to tylko z czystej ciekawości, wszedł na tę stronę. Z pewnym obrzydzeniem przeszedł do formularza rejestracyjnego, jednak bez założenia konta niemożliwe było przeglądanie profili użytkowniczek. Szybko przebrnął przez nudną procedurę i po chwili był już pełnoprawnym randkowiczem. No, może nie do końca, gdyż warto było jeszcze wgrać swoje zdjęcie, napisać coś o sobie. To może zaczekać – pomyślał. Teraz chciał, możliwie jak najszybciej, wyszukać jakąś interesującą dziewczynę. I tu, już na samym wstępie, przeżył sromotne rozczarowanie.

randka w ciemno

Kordian był studentem jednej z najlepszych polskich uczelni, reprezentował sobą pewien poziom. To, co ujrzał oglądając profile dziewcząt, było zupełnie sprzecznym z jego oczekiwaniami. Opis niemal co drugiej potencjalnej kandydatki składał się z dwóch, trzech zdań pojedynczych, mówiących zwykle, jak owa młoda kobieta kocha, tudzież “koffa” taniec, imprezy i „spontaniczne akcje”. Jak nietrudno się domyślić, oczekiwały one partnera o następujących przymiotach: “wysoki brunet, opalony, włoski na żel, imprezowy”. Kordian nie posiadał żadnej z tych cech. Wzrost niewiele przekraczający metr siedemdziesiąt, dość zwalista (chociaż również muskularna) budowa i całkowita niechęć i pogarda dla stylu życia współczesnej młodzieży. Sam o sobie myślał, że powinien był urodzić się 30 lat wcześniej. Wtedy również były spotkania towarzyskie, była muzyka, był też seks. Ale wszystko odbywało się bez tego zezwierzęcenia, miało w sobie jakąś bajeczną magię, niewysłowiony romantyzm. Drugą grupę stanowiły mniej więcej takie osoby, jakich nasz kolega szukał. Opisywały siebie jako: spokojne, wrażliwe, pragnące prawdziwej miłości. Miały tylko jedną niepożądaną cechę – były paskudne. W opisie niemal każdej z nich obecne było sformułowanie: “Liczy się wnętrze”. Wiedział, że to prawda, jednak wszystko ma swoje granice.

Bohater opowieści nie chciał tak łatwo dać za wygraną. Był pewien, że znajdzie się jakiś rodzynek, a raczej kompromis, pomiędzy urodą, charakterem i wymaganiami wobec potencjalnego partnera. W kwestii wyglądu najważniejsza była dla niego twarz. Wzrost czy figura nie miały dużego znaczenia. Po wielogodzinnych i wyczerpujących psychikę poszukiwaniach, wreszcie znalazł, jak sądził, taką dziewczynę. Nie była to miss, ale miała delikatną, smukłą twarz. Wzrost – 162cm, budowa ciała – szczupła. Fakt, że na każdym zdjęciu wyglądała inaczej usprawiedliwiał złym światłem, czy też nieudolnością fotografa. Podobały mu się jej zainteresowania: medycyna, jazda rowerem i gotowanie. Dalszy opis swojego “wnętrza” i pożądanych cech partnera wskazywał na jej dość znaczną desperację. – To jest to – pomyślał Kordian. Było już późno, dochodziła północ, ale nasz utracjusz, zachęcony faktem, iż obiekt jego zainteresowania był akurat online, postanowił napisać. Tu i teraz. Spontanicznie i bez zbędnych ceregieli. Po piętnastu minutach mozolnej pracy sklecił dość składną wiadomość, po czym wcisnął “wyślij”.

Nie musiał długo czekać na odpowiedź. Jej treść trochę go jednak rozczarowała. Nie spodziewał się elaboratu, ale jednak liczył na coś więcej niż: Hej, fajnie 🙂 Mój numer telefonu to xxx-xxx-xxx, odezwij się. Lekko wybity z rytmu, lecz dalej znajdujący się w swoistym transie, napisał do niej sms-a, z jakże trywialnym pytaniem o imię. Nazywała się Monika. Wymieniali wiadomości przez niemal dwie godziny, szczęśliwie się złożyło, że mieli telefony w tej samej sieci i sms-y były prawie darmowe. Dziewczyna okazała się być bardzo miła – do tego stopnia, że nasz bohater dostawał mdłości na widok kolejnej emoticony przedstawiającej uśmiech. Uśmiech od osoby, której nawet nie widział. Ależ to płytkie. Ale w myśl zasady, że do celu często prowadzą drogi kręte i wyboiste – nie zważał na to. Mieli ze sobą wiele wspólnego: jakieś tam wartości, zainteresowania – postanowili więc się spotkać. Kordian zaproponował znajome im obojgu centrum handlowe. Postanowili pójść coś zjeść, ponadto on zadeklarował, że odbierze ją samochodem ze szkoły i wspólnie udadzą się na miejsce. Dziewczyna zgodziła się bez wahania, a spotkanie miało się dokonać dnia następnego.

Wyjechał dwie godziny wcześniej. Od rana zacinał śnieg i z każdą chwilą natężenie kataklizmu pogodowego rosło. Ulice stopniowo, acz konsekwentnie pokrywały się białym puchem. Jako, że zapuszczał się w tamte okolice po raz pierwszy, korzystał z mapy, ale brak obycia i wprawy w jej używaniu zakończył się błądzeniem po wąskich, częstokroć zastawionych całkowicie przez samochody uliczkach stołecznego miasta. W pewnym momencie wreszcie trafił na właściwą ulicę. Szkoda tylko, że ze złej strony. Zanim odkrył ten fakt, przeszedł około kilometra na piechotę, a śnieżyca przypominała już te, rodem z Syberii. Wyglądał jak bałwan śniegowy. Zgrabiałymi dłońmi przypalił papierosa. To był już ósmy tego dnia. Sprawdził telefon – jest sms. Oczywiście od Moniki. I oczywiście zakończony tą samą, wywołującą już u niego odruch wymiotny buźką. Informowała go, że za dziesięć minut skończy zajęcia. Napięcie dało o sobie znać, zbliżał się moment prawdy. Znalazł w końcu tę szkołę. Obskurny, przytłaczający budynek rodem z PRL-u. Co więcej, była to szkoła muzyczna, a Monika grała profesjonalnie na skrzypcach. Minęło dziesięć minut – nie ma jej. Minęło dwadzieścia minut – nadszedł sms:

– Przepraszam Cię bardzo, nauczycielka nie chce mnie jeszcze wypuścić, wejdź do szkoły bo zmarzniesz 🙂

W umyśle Kordiana natychmiast zrodził się sprzeciw. Nigdy, przenigdy nie wejdzie do tej placówki. Na pewno musiałby tłumaczyć portierowi po co przyszedł, do kogo. A przecież nie znał nawet jej nazwiska. Odpisał więc na sms-a:

Nie martw się, mały spacer dobrze mi zrobi 🙂

Łatwo domyślić się, że po tej kolejnej serii emoticon, jakże pustych i nic nie znaczących w tym konkretnym przypadku znaczków, Kordian ostatkiem sił powstrzymywał napierającą treść pokarmową, usiłującą wydostać się poprzez przełyk na wolność. Przełamawszy problemy gastryczne zaczął spacerować. Było już za późno, aby iść po samochód, zaparkowany dobre pół kilometra od szkoły. Za późno tylko w jego umyśle, gdyż zdążyłby obrócić dziesięć razy, nim Monika wyszła. Nadszedł wreszcie ten moment.

W końcu musiał…

Z początku nie widział jej twarzy, bo miała kaptur nasunięty głęboko na głowę. Padało bardzo mocno. Kordian był już cały przemoknięty. Rozpoznał, że ona to ona po tym, jak wyjęła telefon. Podszedł śmiałym krokiem. Wszak “raz kozie śmierć”. Zobaczył jej twarz. Była brzydka, naprawdę brzydka. W najbardziej sceptycznych możliwych scenariuszach, snutych samotnymi mokrymi nocami, nie przypuszczał nawet, że twarz może się aż tak bardzo różnić w rzeczywistości, od oblicza ukazywanego przez zdjęcia.

Zamurowało go. Jedyne na co się zdobył, to uścisk ręki i zaproszenie do samochodu. Szli w milczeniu, co jakiś czas przerywanym westchnięciami Kordiana. A biedak ten nie wiedział, co ma począć. Chciał wyjść z twarzą z tej żałosnej sytuacji, choć wiedział, że nie zdobyłby się nawet na zwykłe “cmoknięcie” tej dziewczyny w policzek, nie mówiąc już w ogóle o niczym więcej. Doszli w końcu do auta. Jako dżentelmen otworzył przed kobietą drzwi pasażera. Samochód był pokryty pięciocentymetrową warstwą świeżego puchu, a śnieg padał dalej, ze zdwojoną siłą. Odśnieżanie zajęło mu dobre dziesięć minut, zapadał już zmierzch, a szyby były całkowicie zaparowane. Jedyne, na co miał ochotę, to wyprosić tę fotograficzną oszustkę ze swojego samochodu i zapalić ulubionego papierosa. Z drugiej strony, w taką pogodę nie wypuściłby nawet psa z domu, co nie zmieniało faktu, że ona, jak ta królowa, siedziała w aucie, a on tyrał, mókł i marzł, tańcząc ze skrobaczką. Akurat skończył się odmrażacz w aerozolu.

Typowe – pomyślał.

Gdy dokończył dzieła, wsiadł i już bez przeszkód skierowali się ku pobliskiemu centrum handlowemu. Rozmowa się nie kleiła. Kierowca gasił wszystkie próby nawiązania konwersacji z jej strony zdawkowymi i wymijającymi odpowiedziami. Ta dziewczyna obchodziła go, nie przymierzając, tyle, co zeszłoroczny śnieg. Bo ten obecny spędzał mu już sen z powiek i radość z życia. Chciał jak najszybciej się od niej uwolnić. Nie mógł jednak zostawić dziewki pod tym supermarketem i najzwyczajniej w świecie odjechać. To było wbrew jego zasadom, wbrew temu, co przez lata wpajali mu rodzice.

Parkując samochód bokiem do kierunku wiatru, nie wiedział, jak bardzo się to zemści. Zgodnie z planem poszli do restauracji. Gdy usłyszał cenę, jaką przyszło mu zapłacić za zamówione dania, zbladł. Nie dał jednak poznać po sobie, jak mocno uderza go to po kieszeni. Usiedli. Rozmowa szła trochę lepiej; niespełniony randkowicz zmusił się nawet do podjęcia kilku tematów, które jednak całkowicie mu powiewały. Chciał po prostu mieć to z głowy, znaleźć się w domu, w swoim ciepłym, bezpiecznym pokoju, z dala od tego koszmaru. A nade wszystko pragnął zapalić papierosa. Wystawiony na ciężką próbę organizm, rozpaczliwie domagał się kolejnych porcji gryzącego dymu. Upragniony koniec nadszedł po około czterdziestu minutach. W milczeniu wyszli z centrum handlowego, lecz to, co zastali na zewnątrz, spowodowało, że Kordianowi opadły ręce. Wszystko inne leżało już od dobrej godziny. Cała prawa strona samochodu pokryta była dziesięciocentymetrową warstwą świeżego puchu; jak się później okazało, pod śniegiem znajdował się przymarznięty lód. Towarzyszka zajęła oczywiście miejsce w aucie, a biedny pechowiec rozpoczął żmudny proces odśnieżania. Znowu. Na domiar złego, jedyna szczotka jaką miał (mała i kiepskiej jakości) rozpadła się, gubiąc całe włosie. Pozostała mu skrobaczka. Po względnym usunięciu pokrywy śnieżnej odjechali. Odstawił ją na przystanek autobusowy niedaleko swojego domu. Wymawiając się nieznajomością trasy i fatalnymi warunkami pogodowymi odmówił odwiezienia dziewczyny do dość dalekiego śródmieścia, gdzie mieszkała. Mógł zapalić wreszcie papierosa i odetchnąć. Ten zabójczy zwitek tytoniu, aromatyzowany syntetycznym mentolem jeszcze nigdy tak wybornie mu nie smakował, nadto – pozornie uleczył poczucie beznadziei, po tym koszmarnym i niepozostawiającym złudzeń meetingu. Pozostało jeszcze tylko odprowadzić samochód na parking i powrócić do samotnych i smętnych onanistycznych praktyk, wspomaganych tonami postradzieckiej pornografii. Nie na długo, na szczęście… ale o tym przekonacie się w kolejnym odcinku Sagi o Kordianie.

  • watercolor

    O ja pierdzielę…

  • Alutka

    „Przełamawszy problemy gastryczne…” – powiem Ci, jak wstanę z podłogi 😀

    • Kobieta na podłodze to w pewnym kontekście ciekawy widok 😉

  • oj no, nie wszystkie z internetu są brzydkie …. (i tu miała wstawić uśmiechniętą buźkę, ale w ostatniej chwili się powstrzymała)…

    • No dobra… Autorka powyżej najlepszym przykładem. A niech będzie: 🙂

  • i jeszcze takie CUŚ

    • Z cyklu „memy na każdą okazję”.

  • Małgorzatka, Konstelacje

    Randki randkami, ale mnie wciąż fascynuje, że Ty ciągle piszesz, masz na to czas, masz wenę i tyle ciekawych tematów! Pozdrawiam, Małgorzatka 🙂

    • Cześć Małgosia! Z tego, co pamiętam, nie zakładaliśmy nigdy, że kiedykolwiek przestanę Was maltretować emanacją swojej głupoty, tj. pisać 😉 A wręcz chyba padło raz coś takiego: „Piszę, więc jestem.”. Przedstawienie musi wiecznie trwać; The show must go on; a z tym natchnieniem, czasem, i innymi możliwościami (wyjątkowo bez podtekstu) bywa różnie, ale w ogólnym rozrachunku na plus 🙂 Serdeczne wyrazy!