If I leave here tomorrow…

Katedra Siedlecka. Strzelisty kościół w stylu neogotyckim, nieodmiennie przytłaczający swym majestatem i wielkością, w tym momencie wypełniony ludźmi co do jednego miejsca siedzącego. W innych okolicznościach można by konstatować piękno barwnych witraży, podziwiać inkrustowany złotem ołtarz, czy też rozpływać się nad misternymi i jakże cennymi malowidłami, przedstawiającymi postacie biblijne. Jednak nie czas na to…

Dzisiaj żegnamy naszą Drogą Siostrę i Ciocię, Zofię Janinę. Zabawna sprawa z tymi Jej imionami, otóż: był rok 1952, rok narodzin wyżej wymienionej. Jej ojciec, a mój pradziadek, świętej pamięci Stanisław, podczas wojny nieomal ogłuchł od wybuchu niemieckiej bomby, zrzuconej podczas nalotu na jedną z podsiedleckich miejscowości gminnych. Jako człek prosty i wielce bogobojny, swe częściowe kalectwo przyjął z charakterystyczną dla dawnego pokolenia pokorą, a może nawet z wdzięcznością – wdzięcznością za zachowane życie. Pradziadek Stanisław udał się do urzędu, aby zarejestrować nowo narodzone, siódme dziecko (a rodzeństwa było w sumie dziewięcioro; dwoje kilkulatków zmarło wskutek chorób, które dla współczesnej medycyny są problemem na poziomie poważniejszego trochę przeziębienia, może anginy). Miał Jej nadać imiona: Janina Zofia. Tak wszyscy myśleli, jednak z racji swej dysfunkcji, a może też z roztargnienia, pradziadek pomylił kolejność imion, więc dziewczynka od tej pory figurowała w rejestrach jako Zofia Janina. Sytuacja o tyle może kłopotliwa, że imię Zofia nosiła Jej matka. Nic to jednak, gdyby tylko takie problemy stały przed ludzkością…

Smutną ciszę przerywa przejmujący dźwięk organ, któremu wtóruje piękny, szlachetny alt organistki. Z zakrystii do prezbiterium wkracza dziesięciu księży w złotych szatach. Ostatni, jedenasty, najniższy z nich wszystkich i może najbardziej niepozorny – dopóki nie wydobędzie z siebie głębokiego głosu – nosi fioletowy ornat. To starszy o zaledwie jeden rok brat zmarłej.

Rozpoczyna się Eucharystia, która będzie pierwszym przystankiem w ostatniej drodze nieodżałowanej, niepowtarzalnej – bo nieludzko dobrej – Służebnicy Pana, Zofii Janiny.

Całe życie Jasi nieodmiennie związane było z bólem. Jej ścisły, wybitnie matematyczny i uporządkowany umysł nie dostąpił godności tytułu naukowego, a to tylko z tej racji, że przyszły potężne i niedające się w żaden sposób przełamać bóle głowy. Spowodowane zapewne rozłąką z mocno starszymi i schorowanymi już rodzicami, pozostawionymi hen daleko, gdy Jasia studiowała w Warszawie. Zmuszona przerwać studia, poświęciła się opiece nad tym dwojgiem, karierę odkładając na dalszy plan – jak się potem okazało, plan zapomnienia. Rozpoczęła pracę jako technik-chemik w lokalnym studium, gdzie prowadziła zajęcia ze stechiometrii oraz laboratorium, wciąż mieszkając w starym, przejmującym wilgocią domu rodzinnym. Gdy rodzice coraz bardziej posuwali się w latach i niedołęstwie, o kilka lat starszy brat Jasi – Adam – zaczął uskarżać się na problemy ze wzrokiem. Potem doszły zaburzenia równowagi. Diagnoza była straszna i przerażająca w swej nieubłagalności: stwardnienie rozsiane. Do opieki – na tym początkowym etapie zwłaszcza psychologicznej – doszedł więc ukochany brat. Mieszkali dalej na wsi, a pochowawszy kolejno rodziców, przenieśli się do Siedlec. Wtedy Jasi zaczęły dokuczać problemy brzuszne. Początkowo tłumacząc je głównie przewlekłym stresem, bagatelizowała niepokojące objawy. Przecież musiała być zdrowa i silna, nie dla siebie, a dla brata. Ich zdrowie zawierzyła modlitwie, obydwoje zawierzyli. Różaniec towarzyszył Im od zawsze, można powiedzieć, że wyssali go z mlekiem umiłowanej matki. Pielgrzymki, spotkania modlitewne i duchowe, audiencje u hierarchów. Do tego, niespotykana dobroć i spokój, chęć przychylenia nieba wszystkim wokół. Pierwsze operacje chirurgiczne i pobyty Jasi w licznych szpitalach. Wreszcie, osiem lat temu – stwierdzenie nowotworu złośliwego jelita grubego. Przerzuty do wątroby, ciężki stan. Już wtedy żaden z lekarzy nie dawał Jej szans, a Ona z tego wyszła. Nie dla siebie, a dla schorowanego i potrzebującego Jej jak powietrza brata. Nigdy dla siebie, zawsze dla innych; przez osiem lat żyła z bardzo inwazyjnym rakiem, który kolejno zajmował – ale też, momentami, hamował się, wstrzymywał – kolejne narządy. Gdyby któreś z Was zobaczyło mieszkanie Jasi albo Jej ogródek, nikomu przez myśl nie przeszłoby, że tak idealne czystość i porządek mogą być utrzymywane przez osobę tak bardzo chorą, gdzie większość ludzi zapewne już dawno pogrążyłoby się w skrajnej depresji. Przez cały czas nie pozostawiała dla diabła nawet tego symbolicznego, przysłowiowego ogarka. Cała świeca, będąca w tym wypadku metaforą Jej pięknego, opartego przede wszystkim na cierpieniu życia, została świadomie przez Nią wypalona tylko dla Boga oraz innych ludzi, nie tylko tych najbliższych.

Przyznaję się, że za tę śmierć wprost i pięścią, jednak z trwogą, wygrażałem Panu Bogu, którego istnienia jestem coraz mniej pewien. Religia jest zazwyczaj czymś, co otrzymujemy od swoich rodziców, dziadków i pomijana jest przy tym naszą świadomość i wola. Bo cóż może czuć chrzcielny bobas, jaką świadomość życia ma komunijny ośmiolatek? Pierwszy myśli zazwyczaj jedynie o ssaniu mleka i kupkaniu, drugi zaś o zabawie na podwórzu z kolegami – to kiedyś, obecnie zaś o najnowszym modelu smartfonu, który z tej okazji dostanie. Koniecznie taki, którego nie ma żaden ze znajomych, z ekranem o średnicy jeziora Bajkał i rozdzielczości mierzonej w pikselach świetlnych przestrzeni kosmicznej. Nie muszę chyba dalej specjalnie udowadniać, że nie tędy droga. Do Boga.

Jeśli Bóg istnieje, odebrał Jej wszystko, na wstępie dając i tak niewiele. Zdaję sobie sprawę, że tę kwestię można by rozpatrywać pod względem teologicznym na wiele sposobów i nurtów. Postanowiłem jednak skupić się na wymiarze czysto ludzkim, pozornie najprostszym. Ja wiem, że nagroda za piękne życie w Niebie, że nie żyjemy dla siebie tylko dla innych, że dobra doczesne i materialne są niczym wobec stanu wiecznej szczęśliwości po przekroczeniu Perłowych Wrót. Być może Jasia – w nowym życiu – dostąpi tych wszystkich łask, natomiast – co bardzo przykre – ciężko jest oprzeć się wrażeniu, że tu, na ziemi, Bóg pokazał Jasi środkowy palec.

Nawiązując do niedawnego tekstu o bohaterach polskiego podziemia i ich stalinowskich katach: jak to jest, że ci jawni mordercy, oprawcy, ubeckie kanalie, nierzadko również jednocześnie alkoholicy i dręczyciele swych rodzin, dożywali i dożywają zazwyczaj wieku 90-100 lat, do samego końca w doskonałym zdrowiu, obficie czerpiąc z uroków dojrzałego życia za sprawą wysokich emerytur, zaś ludzie dobrzy i prawi, sól tej zbolałej ziemi, wzór cnót wszelakich, cierpią, często przez większą część życia, kończąc je bardzo przedwcześnie? O co tu chodzi?!

Na cmentarzu

Ludzi znowuż dopisała taka mnogość, że dopchać się do samego grobu było rzeczą niepodobną – zdajecie sobie sprawę, że w innym przypadku użyłbym tutaj stosownego i wywołującego uśmiech na Waszych pięknych obliczach porównania, jedynak tym razem, zważywszy na okoliczności, wyjątkowo poniecham.

Gdy wujek – ksiądz, sprawujący ostatnią ceremonię powiedział łamiącym się ze wzruszenia głosem:

-Dziękuję wam za przybycie; wszystkim, którzy Ją dobrze znaliście i kochaliście,

po policzkach pociekły mi łzy.

Potem, po złożeniu ciała do grobu, gdy każdy z obecnych rzucił na trumnę symboliczną garstkę ziemi, nie wiadomo kiedy wokół grobowca zrobiło się pusto. Zebrani rozeszli się w kierunku wyjścia, aby jak najszybciej opuścić przygnębiający teren cmentarza. I tylko ponury grabarz czynił w milczeniu swą powinność, czemu z bardzo bliskiej odległości, stojąc tuż przy samej mogile, przyglądał się Wasz ulubiony Autor. Z wielką nostalgią i dojmującą tęsknotą patrzyłem, jak kolejne łopaty żółtej, piaszczystej gliny spadają na drewnianą trumnę, głucho dudniąc o jej wieko i nieubłaganie odcinając dostęp ciepłych promieni pięknego podówczas słońca, symbolicznie, ale również nad wyraz realnie, ostatecznie i nieodwracalnie kończąc znojną, ziemską wędrówkę naszej Jasi.

Zaraz po dokonaniu się pogrzebu zerwał się przejmujący, lodowaty wiatr, a ciepłe i życiodajne słońce zakryły chmury, które wnet przyniosły siekący deszcz. Jeśli znajdzie się osoba, która nie dostrzeże w tej zmienności pogody pewnego znaku, lepiej niech zamilknie.

Piękne wspomnienia

Jeszcze we wrześniu ubiegłego roku, gdy wraz z Mamą przebywałem z rekreacyjną wizytą we wschodniej Polsce, zabraliśmy Jasię na przejażdżkę samochodem: na ten sam cmentarz, do tego samego grobu, w którym kilka dni temu spoczęła na zawsze – wówczas jedynie zapalić znicz i pomodlić się nad szczątkami Jej rodziców, naszych dziadków i pradziadków. Odwiedziliśmy również pewne lokalne sanktuarium, gdzie Jasia zaczerpnęła cudownej (podobno) wody i napiła się jej, jak zawsze z wielką wiarą w maryjne uzdrowienie. Tak bardzo cieszyła się tym wszystkim. Podobnie jak w czerwcu, również zeszłego roku, podczas naszej wycieczki na grób Jej starszej o 11 lat siostry, a mojej Babci, dla której piękne epitafium mogliście przeczytać sobie tutaj, w blogu. Z powodu rozległej już wtedy bardzo choroby nowotworowej, oraz przeziębienia, Jasia nie mogła być obecna na pogrzebie w oddalonej o 100km na północ miejscowości, a Jej wielkim życzeniem było odwiedzić grób swojej ukochanej siostry, Heleny. Bez chwili zawahania spełniłem tę prośbę, podobnie jak Ona ciesząc się na rodzinną przejażdżkę, w istotnie cukierkowych okolicznościach letniej pogody. Oddalałem wtedy dojmująco przykre, i jakże prawdziwe myśli, że jest to de facto nasza ostatnia wspólna podróż w tym kierunku. Zaklinając smutną rzeczywistość, wspólnie cieszyliśmy się piękną drogą, mknąc z prędkością 110km/h w otoczeniu zielonych łąk oraz dojrzewających powoli łanów zbóż. Lecieliśmy, niczym niebiański rydwan, spełnić ważny obowiązek.

Zbyt wcześnie przyszedł czas na Ciebie, Droga Jasiu, czy, jak wolisz – Droga Zosiu. Bóg i wszyscy święci, do których modliłaś się co dzień tak żarliwie, od kiedy tylko zgłębiłaś tajniki mowy i pisma, obeszli się z Tobą okrutnie. Nic nie mogła zrobić medycyna, nic nie mogliśmy zrobić my – najbliżsi. Całym swoim pięknym życiem dałaś świadectwo, jak wiele jeden człowiek może znieść trudnych doświadczeń od losu, jak wiele wytrzymać, czyniąc przy tym niepomierną ilość dobra i nie tracąc nigdy na trwałe dobrego humoru.  Pozostaje nam ufać, że Twoja dusza, w której nieśmiertelność z całą mocą wierzymy, zaznała już spokoju i wiecznej radości, oraz że będziesz nas wspomagać w tym codziennym trudzie, w naszej ziemskiej drodze, wciąż i nieustająco ku lepszemu.

Amen.

Appendix

Ktoś powie:

Buster, jest mi bardzo przykro z powodu choroby i śmierci Twojej Cioci, to sprawa oczywista i wiadoma. Ale co mają powiedzieć umierające na raka dzieci, którym nie dane było nawet chociaż trochę wejść w życie i w świat międzyludzkich relacji, zaznać barwnego kalejdoskopu uciech i problemów codzienności?

Szczerze? – Nie wiem. Nie lubię dzieci, nie rozumiem ich i nie zajmuję się nimi w żadnym aspekcie, jednak oczywiście cholernie mocno żal mi chorych istotek i równie bardzo im współczuję. Cierpienie tak młodych ludzi jest najokrutniejszym zrządzeniem losu i znów poddaje w wątpliwość całą ludzką wiarę. Na temat tej ostatniej porozmawiamy sobie kiedyś tutaj, na łamach, zarówno od strony teologicznej, ideowej, jaki i ludzkiej. Ale jeszcze nie dzisiaj…


W małym posłowiu chciałbym przeznaczyć Jasi tę piękną piosenkę: