Czy naprawdę chcesz, aby twoja prostata stała się telewizyjnym tematem dnia?

Niniejszy wpis śmiało mógłby ukazać się w blogu medycznym, jednak z uwagi na pewien zawarty wymiar społeczny, postanowiłem opublikować go tutaj. Nie wiem, czy podobny problem był już poruszany w którymś z blogów, ponieważ – będąc zupełnie szczerym – niewiele ich czytam. Przede wszystkim dlatego, aby mimowolnie czegoś od kogoś nie sparafrazować.

cmentarz

W minionych miesiącach, tygodniach słyszeliśmy następujące, bardzo przykre wiadomości, dotyczące śmierci osób znanych, powszechnie szanowanych i ogólnie darzonych sympatią:

Anna Przybylska – rak trzustki

Joe Cocker – rak płuc

Krzysztof Krauze – rak prostaty

Józef Oleksy – rak prostaty

Itd.

Sięgnąłem do swej przepastnej pamięci i przywołałem wiadomości o zmarłych sprzed kilku lat: pięciu, ośmiu, dziesięciu, i naprawdę ciężko jest mi sobie przypomnieć, aby podówczas tak nagminnie (mowa głównie o audycjach telewizyjnych) podawano dokładne przyczyny śmierci osób sławnych. Najczęściej były to komunikaty tego rodzaju:

– Odszedł z powodu długiej i ciężkiej choroby.

– Zmarł nagle.

– Zginął w tragicznym wypadku.

I na tym informacja o przyczynach zgonu się kończyła: nie pozostawiała widzów czy słuchaczy wyłącznie w sferze domysłów, a jednocześnie taki przekaz pozwalał na uchronienie intymności zmarłego oraz uszanowanie majestatu śmierci, a przede wszystkim – nie wprowadzał do życia zbolałej i pogrążonej w żałobie rodziny dodatkowego zamętu.

Jeśli to moralne rozprężenie pójdzie dalej – a pójdzie – to za niedługo usłyszymy na antenie coś w tym stylu:

Z głębokim żalem i smutkiem zawiadamiamy, iż w dniu dzisiejszym zmarł Pan X. (słynny pisarz). W ostatnich dniach życia cierpiał z powodu infekcji ogólnoustrojowej, mającej swój początek w zaognionym odbycie. Jego stoczone sepsą zwłoki znajdują się obecnie w prosektorium, gdzie w najbliższym czasie zostaną poddane szczegółowej autopsji, polegającej na… /I tutaj śliczna prezenterka, bez cienia żenady, zaczyna opowiadać na temat cięcia w kształcie litery Y, które wykonane będzie na zimnym już i sztywnym tułowiu denata./

Oczywiście zdarza się, że schorowany człowiek uda się do mediów i, czy to w przypływie niekoniecznie potrzebnej szczerości, przemożnej chęci publicznego podzielenia się własnym smutkiem i cierpieniem, czy może w nadziei na to, że widzowie otoczą jego personę strumieniem dobroczynnej modlitwy, opowiada o swojej chorobie ze szczegółami, nierzadko drastycznymi. W porządku, stało się. Informacja wyszła na forum publiczne. Współczujmy więc tej osobie, wyślijmy jej ciepły list czy e-maila; wspomóżmy finansowo, jeśli o takie wsparcie prosi. Być może wyzdrowieje. Jeśli jednak na zero-jedynkowej loterii życia zatriumfuje nieprzejednane fatum i pacjent umrze, lekarze w ramach swojej tajemnicy zawodowej i etyki, a częstokroć również zwykłego człowieczeństwa, prawdopodobnie nie będą podawać i głosić wszem i wobec niuansów tej śmierci. Media również powinny się od tego powstrzymać.

Istnieją dopuszczalne wyjątki. Gdy cały kraj żyje problemami, czy chorobą swojego idola (jak to było np. w przypadku Elvisa Presleya, Violetty Villas), szczegółowe informacje o wydarzeniach zdają się być naturalną koleją rzeczy oraz akceptowalną, ba – pożądaną formą przekazu. Swoistym reality show nad grobem. Tafla lodowa jest jednak w tym przypadku niezwykle cienka. Jeśli dziennikarskie hieny – wyjątkowo wstrętna rasa podludzi – wykorzystują swoje szemrane kontakty w celu wydobycia historii choroby, którą potem dodatkowo jeszcze ubarwiają, to nie powinno być wśród nas przyzwolenia dla tego rodzaju praktyk, dla tego sortu mediów. Abstrahując już od faktu, że tak podawana przyczyna śmierci, dajmy na to ten nieszczęsny rak prostaty, zazwyczaj wcale nią nie jest. Jeśli już szargamy czyjąś sferę prywatną, to bądźmy w tym rzetelni oraz konsekwentni, i powiedzmy:

Zmarł w wyniku destrukcji wielu narządów wewnętrznych, kości, tkanek limfatycznych za sprawą rozsianego procesu nowotworowego, mającego swoje pierwotne ognisko w prostacie.

Idąc dalej w kierunku bezgranicznego braku przyzwoitości oraz hołdując trendowi wszechogarniającego ekshibicjonizmu, można wprowadzić obowiązek umieszczania przyczyny śmierci na nagrobkach. Otworzy to szerokie pole do działania maniakom rozmaitych analiz statystycznych (którzy niewątpliwie należą do grona najbardziej nudnych ludzi na świecie) oraz rozświetli nowe horyzonty przed wyznawcami pewnej upiornej gałęzi medycyny alternatywnej, której filarem są wyciągi ze zmienionych chorobowo i gnilnie tkanek nieboszczyka, atrybutami zaś – stalowe muskuły i mocny szpadel.


Powiedzmy sobie szczerze: nawet jeśli telewizje poszłyby po rozum do głowy i odrobiły lekcję kultury, to i tak nie ma szans, aby zapobiec wyciekowi tych najbardziej intymnych informacji do internetu. Fani oraz zwykli plotkarze zawsze znajdą sposób na wyciągnięcie wszelkich osobistych szczegółów i puszczenie ich w obieg. Z dwojga złego, już chyba lepiej jak rewelacje o przerośniętej prostacie zostaną umieszczone w sieci, niż ma o tym trąbić telewizja w swoich wiadomościach skierowanych do milionów, i to zanim jeszcze ciało osiągnie stan stężenia pośmiertnego. Nie bez powodu mówi się o konieczności szacunku dla zmarłych – oni już nie są w stanie się obronić, a my – żyjący – możemy tylko pielęgnować dobrą pamięć, bądź, po prostu, milczeć. Wszak cała reszta jest milczeniem.