Buster znalazł pracę

Tak. Wreszcie, po trzech latach leżenia bezczynnie odwłokiem do góry, Wasz tyleż ulubiony, co marnotrawny Autor, można swobodnie rzec – utracjusz i amant o wielce nietypowych cechach i licznych (ale zawsze in plus) anomaliach psychofizycznych, podjął regularną pracę. Wait… What?!?!?!

Domyślam się, że wielu z Was wydaje się to niebywałe, absurdalne, że już prędzej spodziewaliście się mojego (wniebo)wstąpienia do zakonu Kapucynów czy innych zbereźników. Ot, nachlał się kretyn i duby smalone plecie. Otóż… nie.

Robotę tę wychodziłem sobie dość sumiennie i starannie, zabiegałem o nią od bez mała kilku miesięcy, i dokładnie o czasie, gdy zaczęły mi się na poważnie kończyć oszczędności (bo bogaty, proszę Pani, to ja jestem tylko z urodzenia), a myśli coraz częściej zaczynały balansować od emigracji, przez beczułkę z piwem, po świadczenie „usług towarzyskich” bogatym mumiom, rzutem na taśmę otrzymałem wymarzone zajęcie na ten etap rozwoju osobistego.

Nie reżim korporacyjnego kołnierzyka, tudzież włazidupa, kabla i szczura w wyścigu sobie podobnych parszywych gnid, nie call-center, po przepracowaniu w którym jednego zaledwie dnia twoje myśli zaczynają coraz żywiej krążyć wokół solidnej gałęzi w ostatecznym połączeniu z konopnym sznurem z piwnicy dziadka (a jak dziadek uplecie sznur, to sami wiecie, czego nie ma i gdzie…), również nie pseudo-inżynierskie popychadło 24/48/365(6) na usługi szefa o wątpliwej higienie jamy ustnej i okolic odbytu, co nieodmiennie czuć już na odległość 3 metrów.

Jestem naprawdę zadowolony. Dopamina do spółki z serotoniną buzują, co najmniej jakbym odkrył Amerykę, przeleciał trzykrotnie Naomi Campbel w trakcie jednej nocy (też mi wyczyn) albo też, nieoczekiwanie, stał się szczęśliwym posiadaczem Porsche 911 Turbo wraz z pełnym pakietem ubezpieczeń i opłat na 10 lat wzwyż.

A jakaż to praca?

Niestety, nie dowiecie się tego, a i tym razem nie będzie miejsca na snucie domysłów w komentarzach pod wpisem. Ale nakreślę Wam pewne jej zalety:

– Sam jestem sobie panem, a ewentualne uwagi i życzenia co do efektów mojej krwawicy rozpatruję z charakterystycznym sobie opóźnieniem, wynoszącym setne części sekundy – jak na rasowego perkusistę przystało. Refleks warto ćwiczyć zawsze i wszędzie!

– Sam zarządzam czasem swojej pracy i samemu ją sobie organizuję, w oparciu o dostarczone/zamówione materiały i zastaną, szeroko pojętą infrastrukturę, którą po swojemu, sukcesywnie doprowadzam do stanu busterowej perfekcji.

– Całkiem przyzwoita wypłata zawsze na czas (jak na państwowym) + stała premia, wszystkie świadczenia i składki opłacone.

– Pracuję średnio 6 godzin dziennie, zaczynając (jak na mnie) rano, resztę dnia zyskując do swojej pełnej dyspozycji, czyli niepojętych szaleństw.

– Znajdując się w ciągłym ruchu mogę zachować prężne umysł i ciało – struktury tak niezbędne do innych, równie kluczowych aktywności.

Nie piszę tego wszystkiego, aby się chwalić (no, może odrobinkę), mam za to dla Was pewne przesłanie.

Jeśli wymarzyłaś coś sobie w swoim umyśle i mniemaniu, choćby takie przedsięwzięcie, które niekoniecznie współistnieje z oczekiwaniami innych, dąż ku temu uparcie, bo Twoje szczęście osobiste i spełnienie jest najważniejsze. Nikt nie przeżyje Twojego życia za Ciebie, a więc też nikt nie ma prawa dyktować Ci, co jest dla Ciebie dobre, w jaki sposób masz ustawiać swoje sprawy, namiętności, zapatrywania. Inni i tak kiedyś odejdą: gdzie indziej bądź w memento mori, finalnie zostaniesz tylko Ty.