Buster na porodówce

456output

A mówiąc zupełnie poważnie, stanąłem przed wyzwaniem dostarczenia pewnej bliskiej mi osoby do szpitala na oddział ginekologiczny, celem wykonania planowej operacji.

Przed wjazdem na paskudnie kosztowny parking jak wół powinna wisieć tablica z ostrzeżeniem, że samochody o długości powyżej 4,5 metra nie mają tu czego szukać. Małe auta są dobre, jeśli niekoniecznie wysoko cenisz życie swoich pasażerów i własne. No i co z byciem cool, człowieku?! Gdyby było mnie na to stać, po naszym upiornym kraju poruszałbym się wyłącznie pojazdem marki Dodge Ram, który pomimo swoich groteskowych gabarytów wjazd ma dokładnie wszędzie, i to od ręki. Również w środku ten samochód jest tak przepastny, że gdyby w tylnym rzędzie siedzeń zdechł pies, to woń jego rozkładu dotarłaby do nozdrzy osób podróżujących z przodu dopiero po trzech miesiącach.

Izba Przyjęć

Logistycznie rzecz ujmując, jest to centralny punkt oddziału, siermiężny bastion, który sforsować musi każda pacjentka zanim zostanie oficjalnie przyjęta, nawet jeśli termin zabiegu naznaczony miała od bez mała dwóch miesięcy. Niewielkie pomieszczenie z dziesięcioma plastikowymi krzesłami, wypełnione po brzegi przede wszystkim kobietami w zaawansowanej ciąży. Na wprost od wejścia rejestracja, w której zasiadają dwie panie w wieku średnim, w tym duecie wspólnie przejawiając zatrważającą eskalację żeńskiego klimakterium. Czyli: bez kija nie podchodź. Wyżej wymienione zdają się być kompletnie niezainteresowane piętrzącą się kolejką coraz mocniej zniecierpliwionych, niedoszłych jeszcze położnic.

W pewnym momencie ciężarne zaczęły napierać na biurokratyczną ladę niczym stado rozjuszonych bizonów na prerii. W reakcji na ten nagły szturm, obie panie rejestratorki jednocześnie uniosły swoje przeciążone okularami nosy znad leżących przed nimi papierzysk i jęły w sposób oschły spławiać i odsyłać, Bóg Jeden wie gdzie, poszczególne klientki. Już nawet etatowi grabarze zazwyczaj cechują się większą empatią.

Te zołzy mają to wszystko głównie przez własną głupotę i bezmyślność. A wystarczyłoby wprowadzić proste rozwiązanie racjonalizatorskie: zajumać drewniany stojak z menu sprzed dowolnie wybranej stołecznej restauracyjki (alternatywnie dokonać rozboju na wędrownym malarzu w celu pozyskania sztalug) i przypiąć do niego kartkę z instrukcjami i informacjami, wydrukowanymi literami odpowiednio wyraźnie dostrzegalnymi dla zaaferowanych pacjentek. Stanęłaby wtedy każda napuchnięta dziewczyna i sobie przeczytała, wszystko byłoby jasne (co? gdzie? jak? w jakiej kolejności?) albo przynajmniej jaśniejsze. A tak to ciemność widzę, ciemność…

Aż w końcu wybuchła prawdziwa awantura

Sprokurowana rozpoczęciem wyczytywania nazwisk kobiet, które zakwalifikowane zostały na dzisiaj do badania KTG (sprawdzenie akcji serca płodu).

– Ja byłam tu pierwsza!

– A ja druga!

– Ja za panią!

– A ja za tamtą panią!

– Nie, pani przyszła po tamtej pani!

– Po mnie? Przecież ja byłam przed panią!

Niekwestionowany rej wodziła tutaj mocnej budowy czarno-farbowana trzydziestolatka o aparycji twarzy przywodzącej na myśl goryla. Mowa oczywiście o samcu alfa.

Rejestratorki desperacko próbowały zapanować nad tą zgrają, ale z równą skutecznością można by dmuchać na pożar platformy wiertniczej.

Wtem do poczekalni weszła kobieta. A to ci dopiero! Ale za to jaka…

Prawdziwy klejnot, a może raczej klejnotka. Czytelnicy o wykształceniu biologicznym zapewne uśmiechnęli się właśnie pod nosem.

Najwspanialszy okaz, kwiat polskiej, słowiańskiej kobiecości, w tym momencie znajdujący się w apogeum swojego rozkwitu. Pomimo stanu fizjologii bezzwłocznie kwalifikującego ją do przyjęcia na porodówkę, patrząc na rzeczoną od tyłu, proporcjami swego ciała swobodnie mogłaby zawstydzić najbardziej wzięte paryskie modelki. Pięknie utrzymane i równiutko do ramion przycięte włosy ze starannie nałożonym balejażem, do tego zalotna, ale nieprzekombinowana grzywka. Jej elipsoidalne usta zdawały się obiecywać, że najczulszymi pocałunkami obdarzą mężczyznę, który zdecyduje się zaopiekować nią i dzieckiem. Nie wyglądała na szczęśliwą, była raczej smutna. Do szpitala przyszła z facetem o na stałe przypiętej minie 16-latka przyłapanego przez rodziców na pokątnej masturbacji. Za stary na męża, zbyt młody na ojca. Brat? Jeśli nawet, to z całą pewnością z innej matki. Miał czarne od brudu paznokcie u rąk, nogi zaś zakończone były straszliwie zniszczonymi butami. Jeśli jakiś człowiek urodził się po to, by jeździć Skodą Fabią, to właśnie on. Poczciwina. Tak czy inaczej, nowo przybyli nie wymieniali ze sobą absolutnie żadnych czułości, a i słów niewiele. Przeskoczmy o 30 minut dalej.

Znajdujemy się wspólnie w windzie

Moja „pacjentka”, pielęgniarka oraz ciężarna pięknotka, teraz na wózku inwalidzkim, wraz z niewydarzonym tragarzem jej bagażu. I ja.

Romantycznie pobudzony mózg natychmiast podyktował stosowne słowa:

– Wygląda pani nad wyraz pięknie, ale tego, co tak panią urządził, zanim dane nam było spotkać się na bardziej sprzyjającym gruncie, skazałbym na 30 lat ciężkich robót. Ręcznych.

i wyłącznie przyrodzonym pokładom perkusyjnego refleksu zawdzięczam ratunkowe acz bolesne przygryzienie własnego języka.

Oddział, sala chorych. Rozpakowujemy torbę. Wchodzi lekarz.

W wyniku niekontrolowanej koincydencji wynikłej ze szpitalnego pośpiechu, trzymałem w ręku kobiecy płaszcz.

– Bardzo bym prosił, aby nie wnosić na oddział okryć wierzchnich, bo potem mamy zakażenia, ropieją nam krocza…

– Krocza państwu ropieją?

– No tak.

– To ja bardzo przepraszam, to się więcej nie powtórzy.

I faktycznie – nie powtórzyło się. A operacja się udała (wielki uśmiech na moim szorstkim obliczu).

Kobitki, jesteście piękne i ładnie pachniecie, ale pod względem rozrodczości macie po prostu przechlapane. Najpierw wielkim cierpieniem i całą paletą wyrzeczeń i niedogodności przypłacacie chęć przedłużenia gatunku, a potem, gdy dzieci już odchowane, bywa, że dają znać o sobie skutki skomplikowanych ciąż oraz porodów, a czasem i nawet niefortunnych dźwignięć banalnych, kilkukilogramowych zakupów. A więc: ostrożność najcenniejszą cnotą w życiu, w każdym jego aspekcie. Za zdrowie Pań, do dna!