Bo gotować to trzeba umieć!

Jest niedziela. Odmiennie, jak w zeszłym tygodniu, sprzątać mi się nie chce. Mam sporo pracy przy komputerze, gdzie mówiąc „pracy” na myśli mam 30% czasu poświęconego na pisanie zamówionych tekstów, pozostałe 70 zaś na gawędzenie online ze znajomymi i grę w World of Warcraft. Nie znam większego pożeracza godzin niż ta gra! No chyba, że rozmawiamy o… albo lepiej zamilknę, wszak mamy niedzielę, a służby spod znaku krzyża czuwają, w gotowości do szturmu. Tylko musieliby najpierw sforsować kratę i panią Fox, ha!

Przydałoby się przyrządzić coś na obiad. Szybki przegląd lodówki nie daje wielkich nadziei. Owszem, mamusina zupa kapuśniak dumnie i leniwie poleguje w słoiku, ale to tylko aperitif. A co z daniem głównym? Samemu próbować coś sklecić, jechać po chińczyka czy może zrobić sobie dietę? Ponieważ po zimie parę kilogramów czeka na zrzucenie, wybieram bramkę numer 3, również dlatego, że gotowanie prawdziwego obiadu, na mojej prywatnej liście czynności ulubionych plasuje się na pozycji dwieście dziewięćdziesiątej siódmej, zaraz za leczeniem kanałowym zęba, a odrobinę tylko wyżej niż przypalanie sutków i bliskie spotkanie z tramwajem, tj. jazda nim.

Ludzie!

Ja nawet śniadanie robię z doskoku, na raty, przez pół godziny. Najpierw zawsze parzę herbatę, która trzy razy zdąży wystygnąć, zanim kanapki i (nie zawsze) jakieś tam przystawki zaczną radośnie uśmiechać się z talerza. Na szczęście z nieocenioną pomocą przychodzi tutaj kuchenka mikrofalowa, którą obsługuję w sposób nieomal zawodowy. Jednak tylko dlatego, że zamiast nikomu tak naprawdę niepotrzebnych klawiatur dotykowych, które nigdy dobrze nie działają, gałek chromowanych polerowanych, wyświetlaczy o rozdzielczości dwustu miliardów pikseli, wbudowanej sztucznej inteligencji oraz aparatu mowy, posiada ona zaledwie dwa mechaniczne pokrętła: jedno do regulacji czasu podgrzewania, drugie do regulacji mocy a zarazem przełączania urządzenia w funkcję mikrofal/grilla/kombinowane.

jajka

Przyrządzenie nowych, wymyślnych i skomplikowanych potraw ma w moim wydaniu podobną szansę na sukces, jak próba bezpiecznego lądowania całych meksykańskich powietrznych sił zbrojnych w rafinerii ropy naftowej. To po prostu nie może się udać. A dlaczego?

Bo zanim przystąpię na dobre do działania, już dawno wytracam całe zainteresowanie gotowaniem. Tyle jest przecież do przeczytania i do napisania, tyle muzyki do przesłuchania i nauczenia się jej bitów na perkusji, tyle asfaltu do położenia pod blokiem… A ileż bloków w całej Warszawie!

A co Buster potrafi przyrządzać? Jajka na rozliczne sposoby, piecze aromatycznego kurczaka w prodiżu, ba – chleb nawet potrafi upiec, ale to rzadziej niż od święta. Przyrządza owsiankę oraz płatki jęczmienne (jęczmienkę?) na mleku. Ponieważ ma silną rękę, bez chwili zawahania i najmniejszej kropli potu na czole otwiera nawet najmocniej zakręcone słoiki. Świetnie też sprawdza się przy odgrzewaniu dań mrożonych, zwłaszcza jeśli mowa o pizzy Dr Oetkera.

Taki suchar:

– Bo tylko Chuck Norris ma numer telefonu do Dr’a Oetkera!

Wiem, średnio śmieszne. W końcu to suchar.

Czasem, ale to tylko czasem, Wasz marnotrawny bloger potrafi ugotować zupę pomidorową albo makaron z sosem pomidorowym i tartym serem po włosku. Sporadycznie wypieka ciasta, a sporadycznie, ponieważ – patrz wyżej… 8/10 nie udaje się: zakalec albo kamień, wedle życzenia. To chyba tyle w kwestii wyciągu z moich lichych umiejętności kulinarnych. O kanapkach nie wspominam, bo te wszak nawet szympans potrafi niezgorzej przyrządzić i elegancko zaserwować.

Na szczęście, są jeszcze kobiety, które, nie dość, że bardzo chętnie gotują z Busterem i dla Bustera, to jeszcze, na dodatek, nikomu nie grozi potem rozstrój żołądkowo-jelitowy, przy którym zbombardowanie Drezna przez Aliantów jawi się jako zabawa kilku dzieciaków w podwórkową wojenkę. Amen.