3 absurdy w wydaniu Polaków


1. Napieranie wózkiem/koszykiem w kolejce do kasy w sklepie

Co ciekawe i znamienne, zawsze robią to kobiety. A wydawałoby się, że ruchy posuwiste są organiczną domeną mężczyzn. Z drugiej strony patrząc, wszystko się zgadza – kobiety, świadomie bądź nie, pragną się na nas odegrać za to, co fundujemy im w sypialni. Tyle tylko że my, w odróżnieniu od tego kolejkowego naporu, w sytuacjach intymnych staramy się sprawić im przyjemność. Nie można się odwinąć z łokcia, bo to przecież kobieta. Można opieprzyć, ale ma to zazwyczaj podobny sens jak zakładanie spodni przez głowę. W skrajnym przypadku narazimy się na reakcję zwrotną, przy której gniew nosorożca jawi się równie niepoważnym zagrożeniem jak zabawa ze szczeniakiem yorka. Wszak szarża zdrowo odżywionej kobiety w sile wieku skończyć się może tylko w jeden sposób. Przychodzi mi na myśl Bitwa o Śródziemie i te monstrualne ogry z maczugami.

Najzabawniejszy (a może raczej – jedyny zabawny) w tym jest fakt, że te kolejkowe tarany naprawdę wierzą, że ich działania przyspieszą cały proces. Próbując wniknąć na moment w te zaburzone umysły, starałem się odkryć – co lub kogo, w ich mniemaniu, miałoby to przyspieszyć:

– Kasjerkę, która przerażona zamieszkami narastającymi tuż przy jej taśmie zacznie kasować szybciej i sprawniej?

– Mnie: bo być może wskutek natrętnych działań tej pani przejdę o 10cm do przodu? Tylko, co z tego? Jaki ja mam wpływ na wąsatą kasjerkę, czy też na tempo pakowania zakupów przez osobę aktualnie obsługiwaną?

Dla takich to tylko sklepy GS-u z panią Krysią za ladą.

2. Dojazd do pracy rowerem późną jesienią i zimą

rowerem w deszcz

Boże, coś Polskę… To właściwie mogłoby wystarczyć za cały komentarz, ale nie ma tak łatwo. O ja biedny, zaraz rzuci się tu na mnie stado fanatycznych wyznawców dwóch kółek w wersji nogobieżnej. Z rozkoszą wymoderuję. Jazda na rowerze jest jednym z najprzyjemniejszych sposobów na aktywne spędzanie czasu, efektownym sportem, a także niezłym sposobem na dojazd. Wiosną, latem, wczesną jesienią. Wierzcie mi – wiem co mówię, bo w swoim życiu zrobiłem rowerem ponad 5000 kilometrów, z licznikiem w ręku. Znaczy się, na kierownicy. Gdy nie pada deszcz ani woda w żadnym innym stanie skupienia, gdy nie trzeba jechać po ruchliwej ulicy, prowadząc z chorymi umysłowo kierowcami samochodów nieustającą i jednostronną walkę o życie; walkę, którą w każdej chwili można przegrać, kończąc na przykład z zerwaną całą skórą z twarzy, powiewającą teraz radośnie w formie luźnego płata. Widziałem w internecie.

Jadąc na rowerze po warszawskiej ulicy czujesz się jak zmokły zimny ogień wśród fajerwerków. I to niezależnie od pogody. Jednakże:

Gdy mam ochotę obejrzeć horror, paskudny dreszczowiec psychologiczny bez happy-endu, a nie znajduję na to dość czasu, wyobrażam sobie, że o 6.30 rano rozpoczynam godzinną trasę rowerową przez całe miasto, przy padającym deszczu ze śniegiem i niewyobrażalnym ruchu ulicznym, po nawierzchni przypominającej nam, że Polsce o wiele bliżej jest do Kazachstanu aniżeli do zepsutego Zachodu, aby dojechać na czas do pracy w call center, czyli naszym aktualnie jedynym przemyśle narodowym. Efekt jest identyczny – nie mogę w nocy zasnąć.

3. Zakładanie dużej rodziny w sytuacji, gdy nie mamy środków na jej utrzymanie

A w przewidywalnej przyszłości nie zanosi się na poprawę koniunktury. Mam takich sąsiadów. Gość, dysponując mieszkaniem 1,5-pokojowym (właściwie to jednopokojowym, bo rzeczone pół pokoju – wąską klitkę – zajmuje jego schorowana matka), z ciemną kuchnią, w której mieści się jedynie kot wraz z kuwetą, oraz łazienką o wymiarach wiejskiego wychodka z czasów PGR-u, ożenił się. Ma pracę, ale mało płatną. Po dwóch latach dwójka dzieci, teraz chyba już trzecie w drodze, bo kobita coś mu ostatnio napuchła. A może to tylko niekontrolowany przyrost wagi spowodowany wysokotłuszczową dietą, składającą się głównie z parówek w cenie 3,5zł za kilogram. Oni naprawdę to jedzą! Wszyscy! Skąd wiem? Ano stąd, że hołota ma w zwyczaju wystawiać śmieci na korytarz. W sumie ciężko się dziwić, bo każde 50cm² jest przecież w ich mieszkaniu na wagę złota. Ale jak im kiedyś kopnę tę siatkę z odpadkami…

Do tego pokroju osób nie dociera, że można jeść mniej, a za to lepiej. Zdrowiej, smaczniej, wolniej. Ma być szybko, tanio i dużo. Tak jak żul wychyli każdy, najbardziej nawet żrący zajzajer, tak oni w sklepie spożywczym sięgają wyłącznie po artykuły z najniższej półki. Niekoniecznie z biedy, często ze zwykłej bezmyślności, czasem z pazerności (więcej za mniej). Podobna mentalność zawsze będzie domeną ludzi prostych, dla których najlepszą rozrywką jest telewizyjny współczesny kabaret i puszka piwa w dłoni. Z książek w ich mieszkaniach uświadczysz jedynie telefoniczną oraz kucharską, obydwie gęsto pokryte kurzem. Zresztą – gdzie mieliby je trzymać?

Wracając do tematu – znakiem czasów jest fakt, że obecnie mianem „dużej” określa się rodzinę pięcioosobową, tj. rodzice+trójka dzieci. Tak wygląda współczesna wielodzietność, a pamiętacie okres młodości waszych dziadków? Pamiętać nie możecie, ale swoje drzewa genealogiczne zapewne znacie. Wtedy, zwłaszcza na wsiach, szóstka-ósemka dzieci była normą. Na pewno po trosze z antykoncepcyjnej ciemnoty, ale również z tradycji oraz instynktownej i niczym niepohamowanej chęci pozostawienia po sobie jak największej liczby potomków. Jak najskuteczniejszego przedłużenia rodu i zachowania ciągłości istnienia nazwiska. Komedia była wtedy, gdy rodziła się siódma z kolei córka, a w głowie niejednego ojca powstawało pytanie – jak i komu teraz to oddać? Ambicją był syn, a najlepiej kilku. Nie było jednak tak mocno wyśrubowanych wymagań stawianych rodzicom przez dorastające dzieci. W komunie nie rządził pieniądz, tylko seks, wódka i książeczki mieszkaniowe. A teraz? Jak nie odłożysz – dajmy na to – stu tysięcy na „spłatę” każdej z pociech, zapomnij o jakimkolwiek szacunku, spodziewaj się raczej sądowego procesu. Takie czasy. A będzie tylko gorzej.